Odcinek 11 – ost. (36) – O wehikule czasu, drewnianych klockach i dzieciach różnych czasów

Wehikuł czasu, który zbudowałam z Riciulą tego dnia porwał nas w czasoprzestrzeń natychmiast po dostawieniu ostatniego klocka. Jak zawsze. Stawiam ostatni klocek konstrukcji, ona rośnie i od razu jestem w środku jakiejś przygody. Ta zabawa chyba nigdy mi się nie znudzi. Choć parząc na dorosłych nachodzą mnie pewne obawy, że może jednak kiedyś przestanę otwierać moje skrzynie. Oby nigdy to się nie stało. Tymczasem…

Umówiłam się z Riciulą przez naszą sznurkową pocztę, rozwieszoną między balkonami. Tata powiedział, że jeszcze większą frajdę miałybyśmy z gołębiem pocztowym. Tak, to bardzo ciekawe jak te gołębie dostarczały listy. Oczywiście dziś też potrafią, ale mało kto korzysta z ich umiejętności. W ogóle mało kto pisze papierowe listy. Ja pisuję i uwielbiam takie dostawać i chętnie zaraziłabym tym wszystkich, którzy poprzestają już tylko na mailach. O czym to ja mówiłam? Riciula… sznurkowa poczta… klocki. Już wiem. Wehikuł czasu. Ależ to była przygoda!

Otoczyłyśmy się z Riciulą klockowym murkiem. Wehikuł czasu miał mieć podstawę koła. Stopniowo podwyższałyśmy murek o kolejne rzędy klocków. Siedziałyśmy w środku konstruując kokpit. Czerwony klocek startu położyłyśmy między nami i wtedy obydwie odczułyśmy bardzo mocno zjawisko déjà vu . Wiecie – to dziwne uczucie, że to, co się właśnie dzieje już się na pewno działo. Po chwili trudno było odróżnić „potem” od „przed chwilą” i „zanim” – leciałyśmy wśród gwiazd. Nie odczuwałyśmy, że mkniemy z ogromną szybkością, ale komputer pokładowy zapewniał nas, że zbliżamy się do prędkości światła i zaraz ją przekroczymy. Właściwie słowo „zaraz” kompletnie tu nie pasuje. Wszystkie określenia czasu i przestrzeni wydają mi się w tej opowieści mało użyteczne. Ale jakoś przecież trzeba to wszystko opowiedzieć. Miałam wrażenie, że zataczamy ogromne koło w przestrzeni kosmicznej i powracamy nad Ziemię.

– Dokąd chciałyśmy się wybrać? – zapytałam Riciulę, która siedziała z przyklejonym nosem do szybki, zachwycona gwiezdnym widokiem.
– Nie wiem. Mam wrażenie, że sytuacja jest poza naszą kontrolą i wehikuł po prostu ma swój plan trasy. – Oczywiście słowo „trasa” w obecnej sytuacji również traciło swoje znaczenie. – Po prostu zobaczmy, co się wydarzy. – Riciula zachichotała.
To było najlepsze co mogłyśmy zrobić. Po chwili zawisłyśmy przed pięknym oknem z białą ramą, miejscami chyba nawet złoconą. Za szybą ujrzałyśmy przytulny, bogato wyposażony pokój z kominkiem. Na podłodze w strojach, w jakich moja mama nigdy nie pozwoliłaby mi siadać na ziemi, bawiło się dwoje dzieci. Chłopiec miał piękny, ciemnozielony frak ze złotym haftem, a dziewczynka bladoróżową połyskującą suknię, na głowie ozdobny czepek, spod którego wychodziły kręcone włosy. Domyśliłam się, że to pewnie XVIII wiek i że to dzieci z zamożnej rodziny. Kto wie, może królewskiej? Niestety nie wiedziałam co to za kraj, a komputer pokładowy nie udzielał żadnych informacji, choć kilka razy pukałam w jego ekran. Nie było też słychać co dzieci mówią i w jakim języku. Doskonale jednak było widać co robią. Budowały z drewnianych klocków. Czuło się, że nasza machina nabiera jakby głęboki wdech, by przerzucić nas w inne miejsce i czas. Tuż przed odlotem zobaczyliśmy jak budowla dzieci rośnie i zmienia się w galeon. Fale wypełniły pokój i uniosły okręt jakby ważył piórko. Na dziobie okręt ten miał pięknie rzeźbioną figurę królowej. Gdy na rozkaz chłopca w zielonym fraku rozwinęły się żagle, porwała nas czasoprzestrzeń i po chwili znalazłyśmy się w jakiejś wiosce. Widziałyśmy teraz z bliska chatę, wokół której wiatr bawił się rozsypanymi wiórkami drewna. Z chaty wyszedł mężczyzna w grubym fartuchu. Był bardzo spracowany, ale zadowolony. Przez chwilę widzieliśmy wnętrze chaty. Kilka stołów i krzeseł poustawianych jedne na drugie, jakby niewykończone. Na jednym z blatów leżało sporo narzędzi. Bez wątpienia była to chata stolarza. Mężczyzna zawołał kogoś i po chwili przybiegł do niego chłopiec. Stolarz, pewnie tata chłopca, dał mu worek, z którego dziecko bardzo się ucieszyło i zaraz niedaleko chaty wysypało zawartość na ziemię. Były to klocki – proste klocki, które zrobił mu tata z kawałków pozostałego drewna. Patrzyłyśmy przez jakiś czas jak chłopiec buduje zamek z pięcioma wieżami. Gdy wehikuł czasu ruszał z nami na pokładzie w dalszą podróż zdążyłyśmy tylko zobaczyć jak przez złoconą bramę chłopiec w stroju rycerza wyprowadza na dziedziniec pięknego konia. Tego dnia, choć przecież tak naprawdę nie tego – trudno się w tym połapać, gdy podróżuje się w czasie – zobaczyłyśmy jeszcze jak inne dziecko, młody książę, rozpakowuje prezent od rodziców. Były to oczywiście drewniane klocki. Wehikuł pozwolił nam podglądać przez okno jak chłopiec w swoim pokoju zaczyna budować egipską piramidę. Co za świetny pomysł! Bracia Riciuli byliby zachwyceni. Aczkolwiek był to pomysł także ciut niebezpieczny. Jeśli klocki urosną i chłopiec wejdzie do środka może natrafić na straszliwe pułapki. Oby jego przygody z klockami kończyły się zawsze tak dobrze jak moje.
Wehikuł przemieszczał się teraz jeszcze szybciej. Docierał w różne miejsca i czasy na te momenty, gdy budowle dzieci zaczynały rosnąć. Mignęła nam rosnąca na ateńskim Akropolu świątynia, potem (lub wcześniej – kto to w ogóle wie?) afrykańska sawanna, po której rozpędzało się stado żyraf, oranżeria pełna dzikich kwiatów, w tym mięsożernych, pałac chińskiego cesarza, warsztat lutniczy, w którym powstawały znakomite skrzypce, wielka twierdza na chmurach a nawet wioska Aborygenów.

Wehikuł zatrzymał się na dłużej przy żółtej kamienicy. Miejsce od razu wydawało mi się znajome , jednak nie od razu je rozpoznałam. Kamienica stała nad rzeką. Z ozdobnego balkonu zwisały piękne bujne kwiaty. Przez okno zobaczyłam małą dziewczynkę, która bawiła się oczywiście drewnianymi klockami. Miała przy sobie także drewniane figurki koni. Chyba budowała dla nich stajnię i plac z przeszkodami. Dziewczynka również wyglądała znajomo. Przypomniałam sobie stare zdjęcia i pewną starszą twarz. No przecież! Ta dziewczynka to była moja babcia!
– Riciulo! To moja babcia! – krzyknęłam. Patrzyłyśmy jak zaczarowane. Wiedziałam, że nasz wehikuł jest niezauważalny, a jednak dziewczynka podniosła głowę znad klocków, spojrzała przez okno i popatrzyła tak, jakby nas widziała. Nie zdążyłam jej pomachać. Wehikuł porwał nas znowu w kosmiczne przestrzenie, a potem wylądował łagodnie w moim pokoju. Miałam dziwne wrażenie, że dopiero co skończyłyśmy budować. Riciula zaśmiewała się na całego:
– To było piękne! – zawołała.
– Cudowne… – westchnęłam. I siedziałyśmy tak wśród moich niezwykłych klocków dopóki mama nie zawołała nas na podwieczorek. Powiedziała, że w niedzielę przyjedzie do nas na kilka dni babcia. Riciula spojrzała na mnie porozumiewawczo…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *