Odcinek 10 (35) – O polarnym niedźwiedziu, marzeniach królowej i hawajskich kwiatach

Mrużę oczy i czuję pęd. Sanie jadą płynnie, rzadko zakręcając. Miękkie wzniesienia ze śniegu sprawiają, że doznaję miłego bujania w brzuchu, ale za to mróz bardzo wyszczypał mi już policzki i cała jestem w śniegu. Nie, teraz nie pada, ale obficie sypie się na mnie spod łap polarnego niedźwiedzia. To on ciągnie sanie bez chwili spoczynku. Podróż trwa już długo, może nawet osiem minut a ja od tego zimna i północnego powietrza robię się bardzo, bardzo senna. Zasnąć nie pozwala mi tylko myśl, że wkrótce stawię się w pałacu Królowej Zimy (nie mylić z Królową Śniegu) oraz pokrzykiwanie niedźwiedzia…

 

„Bajka czy prawda, prawda czy bajka, daleka północ, niedźwiedź, Goszajka. Na trochę ciepła nadzieje marne, wiatry północne, noce polarne!”. Pokrzykiwał tak co jakiś czas w rytm swoich niedźwiedzich susów. Chyba dodawał tym sobie wigoru, więc postanowiłam mu pomóc i za kolejnym razem krzyczałam razem z nim: „Bajka czy prawda, prawda czy bajka, daleka północ, niedźwiedź, Goszajka. Na trochę ciepła nadzieje marne, wiatry północne, noce polarne!”. Za szóstym razem na horyzoncie, słabo rozświetlanym zielonkawą zorzą polarną, pojawił się pałac.

Skąd się wzięłam na dalekiej północy? – zapytacie. Oczywiście zaczęło się jak zwykle od ochoty na budowanie z moich niezwykłych klocków. Zbudowałam niewielkie sanki i gdy kładłam w oparciu ostatni klocek – taki wyjątkowy, bardzo, bardzo stary, z tajemniczym ornamentem – sanie urosły, mój pokój zniknął w bieli i zrobiło się bardzo zimno. W saniach leżał ciepły koc i kożuch. Włożyłam go i wsunęłam kaptur na głowę. Spadł mi na oczy, a gdy go podciągnęłam… aż krzyknęłam z przerażenia. Przede mną stał ogromny, biały niedźwiedź.
– Musimy ruszać. Tu szybko robi się ciemno – powiedział grubym głosem.
Wcisnęłam się przestraszona w kącik moich sań. Niedźwiedź uśmiechnął się wtedy, podrapał wielką łapą po nosie i rzekł:
– Przepraszam bardzo, że się nie przedstawiłem. Jestem Alornerk. Bibliotekarz Królowej Zimy. Właśnie wracam z wyprawy, niosąc nowe książki dla Jej Wysokości.
Teraz dopiero zauważyłam wielkie torby przypięte po bokach do jego brzucha.
– Zobaczyłem cię na tym pustkowiu. Nie możesz tu zostać, bo zamarzniesz. Musimy ruszać. Ja pociągnę sanie. Zdradź mi jeszcze tylko swoje imię.
– Goszajka!
Niedźwiedź powiedział jak umocować sznurek do sań przy pasie łączącym torby, który przechodził przez jego grzbiet. Zrobiłam to najszybciej jak umiałam, bo zamarzały mi palce. Szybko wskoczyłam do sań i natychmiast ruszyliśmy.

I tak oto znalazłam się przed bramą pałacu Królowej Zimy. Nie zdążyłam nawet zapytać tego szlachetnego niedźwiedzia polarnego jaka ona jest i czy można wejść do jej pałacu tak bez zaproszenia. Zdałam się całkowicie na Alornerka i o dziwo strażnicy – dwa lwy morskie – wpuścili nas bez pytania. Widać, że Alornerk jest zaufanym Niedźwiedziem Polarnym i wolno mu wprowadzać gości. Być może pozycja bibliotekarza jest tu szczególnie szanowana. Może to ktoś więcej niż osobisty doradca? Może to powiernik królewskich tajemnic?
– Gdzie jest królowa? – zapytał Alornerk pingwina w eleganckim fraku, który właśnie przemierzał wielki hol. Pingwin słysząc znienacka gruby głos niedźwiedzia wywinął w powietrzu orła. Pingwin – orła. Zachichotałam, ale zaraz przeprosiłam.
– Królowa Zimy jest w bibliotece – odpowiedział Pingwin poprawiając frak. – Zapowiem Twoje przybycie. I przybycie tej młodej damy… – mówiąc to spojrzał na mnie, jakby oczekując wyjaśnień.
– To jest Goszajka – niedźwiedź przedstawił mnie krótko, bez ceregieli, chyba trochę rozkazując. Nie zdziwiło mnie to. W końcu jest Bibliotekarzem. – Przekaż Królowej, że przybywam z książkami i panną Goszajką.
Troszeczkę się obawiałam Jej Wysokości. Wyobrażałam sobie, że musi być bardzo, ale to bardzo wysoką (na co wskazuje tytuł „Jej Wysokość”), smukłą i chłodną w obyciu damą o nieskazitelnie białej cerze i białych włosach. Jakież więc było moje zdumienie, gdy ujrzałam ją siedzącą w kolorowym sweterku i ciepłych kapciach przy kominku w przepięknej i bardzo przytulnej bibliotece. Na głowie, zamiast korony, miała żółtą chustkę w hawajskie kwiaty artystycznie wywiązaną wokół wysokiego koka. Na nasz widok wstała – tak, owszem, bardzo dostojnym ruchem – jednak od razu wydała się osobą niezwykle miłą i ciepłą.

– Mamy gościa, Alornerku?
– Tak, Wasza Wysokość.
– Bardzo dobrze. Tak mało osób nas odwiedza. A książki z opowieściami z ciepłych krajów przywiozłeś?
– Oczywiście. Odebrałem wszystkie paczki jak zawsze za kołem podbiegunowym. Pozdrawia cię mój kuzyn Tulimaq. Oto książki. Jedna z nich to prawdziwa hawajska perełka. Bardzo trudno było ją zdobyć.
Królowej zalśniły oczy. Zerknęła na Alornerka z wdzięcznością, a na mnie z uśmiechem. Sięgnęła po nożyczki i – rozcinając sznurki i papier na pakunkach – wyjaśniła mi, że uwielbia czytać opowieści o lecie, o ciepłych krajach, kolorowych kwiatach, gorących plażach, złotym piasku i tropikalnych wyspach. Zawsze poprawiają jej humor. Nie może się sama wybrać w te wymarzone miejsca, gdyż zachwiałoby to pogodą we wszystkich rejonach świata.
– Nie mam zamiaru znowu zrobić ogólnoświatowego bałaganu – powiedziała uspokajająco, ale z lekkim rozmarzeniem.
– Znowu? Czyli kiedyś coś takiego się wydarzyło?
– Ostatni raz na taką wycieczkę dookoła świata wybrałam się dawno, dawno temu. Dziś tę epokę nazywają lodowcową. Domyśl się dlaczego – powiedziała puszczając do mnie oko i wróciła do swojej ulubionej czynności. Idąc za jej wzrokiem, spojrzałam na książkę, którą wypakowała jako pierwszą. Okładka była pełna kwiatów. Zdążyłam zobaczyć tytuł. „Legendy hawajskie”. Feeria barw zawirowała mi przed oczami, ponieważ dotyk królowej – jak się okazało – ożywiał ilustracje z książek. A skoro tylko dotknęła tej o Hawajach – od razu… kichnęła na cały zamek. Widocznie była uczulona na kwiaty z okładki. Biedaczka. Trzeba wam jednak wiedzieć, że kichnięcie Królowej Zimy potrafi wywołać prawdziwą wichurę. Ja miałam szczęście. Wylądowałam na poduszce w swoim pokoju, wśród rozsypanych klocków z moich sań. W dłoni został mi tylko jeden klocek – z hawajskim kwiatkiem.
Tego dnia, gdy Tata wrócił z pracy, poszliśmy do biblioteki poszukać hawajskich legend. I jak myślicie – znaleźliśmy?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *