Odcinek 9 (34) – O labiryncie, gekonie Nikosie i cieniu minotaura

Lubicie labirynty? To mój ulubiony rodzaj łamigłówek. Tata wyszukuje mi takie naprawdę trudne i czasem razem ze mną próbuje przez nie przejść zielonym pisakiem. Jednak po ostatniej przygodzie w wielkim, greckim labiryncie, chyba na jakiś czas zajmę się rebusami albo zagadkami „znajdź trzy różnice”. Opowiedzieć wam co się wydarzyło? Nie boicie się?

W niedzielę przyszła do nas na obiad moja przyjaciółka Riciula z całą rodzinką. Przypomnę, że ma ona pięciu braci. Czterech starszych i jednego młodszego. Ten malutki Michałek to słodziak. A ci starsi… Cóż… Posłuchajcie sami, co wymyślili.
Oczywiście, że bardzo ich zainteresowały moje klocki. Ja i Riciula miałyśmy ochotę wybudować z nich ogród francuski.
– Będą śliczne klomby, alejki i labirynt z żywopłotu – rozmarzyła się Riciula. – I jeszcze fontanna.
– Labirynt? – ożywił się Maciek. – O, my wam dziewczynki zbudujemy labirynt. Może macie jeszcze ochotę spotkać w nim minotaura?
– Kogo? – spytałam.
– A takiego jednego – zaczął tłumaczyć najstarszy Mateusz – Takiego jednego, co ma tułów człowieka i głowę byka i był uwięziony w labiryncie pod pałacem w Knossos. Zdaje się, że ktoś go pokonał. Ale wiecie. Pewności mieć nie można – Maciek podniósł ręce do głowy na kształt rogów byka i zrobił straszne oczy.
– Nie słuchaj go – skwitowała Riciula przyzwyczajona do strasznych bajek na dobranoc, jakie serwują jej kochani bracia.
Chłopcy zaczęli budować. Co chwilę się kłócili, bo coś im się nie zgadzało. Jeden drugiemu zamykał niechcący korytarz. Nie wierzyłam, że cokolwiek wybudują, więc nie ostrzegłam ich, że budowle z moich klocków stają się prawdziwe. Poszłyśmy z Riciulą na chwilę do dużego pokoju po ciasteczka (kiedy mama ma gości nie zwraca uwagi ile słodyczy zjadam). Wzięłyśmy też po jednym dla chłopców. Wróciłyśmy do mojego pokoju. Gdy stanęłam przed drzwiami ogarnęły mnie złe przeczucia. Spod drzwi powiało chłodem. Jakby tuż za nimi rozpoczynał się długi korytarz. Trochę bałam się je otworzyć.
– Wchodzimy? – spojrzała na mnie Riciula.

Nacisnęłam klamkę, otworzyłam drzwi, za którymi istotnie… nie było już mojego pokoju, lecz właśnie wąski, słabo oświetlony pochodnią korytarz, który po kilkunastu krokach rozwidlał się w dwie strony. Nie wiedziałyśmy w którą stronę iść. I domyślałyśmy się, że w którąkolwiek stronę nie pójdziemy – co chwilę będziemy się zatrzymywać z tym samym pytaniem: „w lewo czy w prawo?”. Riciula sięgnęła po pochodnię ze ściany. Na murze przed nami pojawił się mój wydłużony cień. A obok niego cień rogatej głowy byka. Zapiszczałam tak głośno, jak hamulce w naszym starym samochodzie. Minotaur! Jednak cień ten nie poruszał się. Gdy dobrze się przyjrzałam, okazało się, że był to po prostu cień ukruszonego muru. Ale teraz naprawdę żadna z nas nie miała ochoty ruszać do przodu. Jakby tych „atrakcji” było mało, nagle coś zachrobotało, przemknęło pod nogami i wdrapało się na ścianę. Wstrzymałam oddech i powoli spojrzałam w stronę, skąd dochodził dziwny dźwięk. Po mojej lewej stronie coś małego łypało na nas z zainteresowaniem. Była to… jaszczurka.
– Jaka słodka! – wyrwało się Riciuli nieco za głośno. Echo od razu to podchwyciło biegnąc w ciemność z wołaniem: „odka, odka, odka!”
– Raczej – za pozwoleniem pięknych pań – jaki słodki – odparł zwierzaczek aksamitnym barytonem, którym wg relacji mojej babci za dawnych lat posługiwali się wszyscy dżentelmeni. – Jestem gekonem. Możecie mi mówić Nikos – na co echo „ikos, ikos, ikos”.
Gdy echo przycichło, przyjrzałyśmy się gekonowi uważniej. Miał przesympatyczny, uśmiechnięty pyszczek i wyłupiaste oczy z pionowymi źrenicami. – Mam też jedną uwagę. Jak zauważyłyście, lepiej mówmy nieco ciszej, bo echo rozpapla wszystko wszystkim i kto wie kogo obudzi – dodał Nikos tajemniczym głosem.

– Znasz ten labirynt? – zapytałam szeptem.
– Prawdopodobnie wiem jak znaleźć drugie wyjście lub wejście – zależy jak na to patrzeć – odpowiedział.
– To świetnie! Musimy znaleźć czterech chłopców, którzy zbudowali tę łamigłówkę.
– Czterech chłopców? Myślałem, że to pałac Dionizosa w Knossos. Według mitologii podziemny labirynt wybudował Dedal, żeby…
– Nie! Ten labirynt wybudowali bracia Riciuli.- przerwałam Nikosowi zapominając o przestrodze gekona, co echo skrzętnie wykorzystało powtarzając „ciuli, ciuli, ciuli”. – Czy nadal uważasz, że możesz nas przez niego przeprowadzić? I przez to echo też?
– Jeśli chodzi o drugie pytanie muszę powiedzieć, że echo w greckich labiryntach bardzo często doprowadza zagubionych wędrowców do szaleństwa, więc bądźcie – z łaski swojej – cicho. W przypadku większości labiryntów sprawdza się jedna prosta zasada pod warunkiem, że wszystkie ściany są połączone i nie ma oderwanych wysp. Miejmy nadzieję, że ten labirynt jest tak właśnie skonstruowany. Przyłóżcie dłonie do ściany po swojej np. prawej stronie – gekon również prześlizgnął się błyskawicznie na prawą stronę korytarza. – Nie odrywając dłoni od ściany idziemy przed siebie. Prędzej czy później dotrzemy do końca labiryntu.
– A chłopcy? – zapytała Riciula – Narozrabiali trochę, ale jednak chciałabym ich odnaleźć.
– Miejmy nadzieję, że ich spotkamy.
I ruszyliśmy. Nikos zwinnie poruszał się dwa kroki przed nami. Tzn. dwa nasze kroki. Jego chyba ze sto albo i więcej. Czasem znikał w cieniu, ale zaraz doganiałyśmy go ze światłem pochodni.
– Dobra z ciebie siostra – odezwał się do Riciuli. – Ze świecą szukać takich siostrzyczek.
– Ze świecą? Znam to powiedzenie, ale nigdy go nie rozumiałam. Przecież jak się kogoś szuka to chyba trzeba mieć jak najlepsze oświetlenie. Najlepiej wielkie reflektory.
– To takie powiedzonko. Bo jeden grecki filozof, Diogenes, biegał po mieście w dzień z zapaloną świecą między ludźmi i mówił, że szuka człowieka. I twierdził, że go nie może znaleźć. Denerwowała go cywilizacja, chciał, żeby ludzie powrócili do życia na dziko. Nie rozumiem go. Rozwój ludzkości przynosi czasem rzeczy szkodliwe i złe, prawda, ale przynosi też wiele dobra i rzeczy pięknych. Przekreślać wszystko jak leci to nie jest najlepszy pomysł. No ale to był właśnie cały Diogenes. Mieszkał goły i brudny w beczce i podziwiał tych, co piją wodę nie z kubka, ale przy pomocy dłoni.

Zachichotałam. W dłonie to ja łapię wodę jak myję zęby, bo nasz kubek ciągle spada za pralkę.
– Tak więc – ciągnął Nikos – gdybym miał wybierać starogreckiego filozofa, do którego szkoły bym się zapisał, byłby nim Platon.
– Platan? – zapytałam – Znajomy przywozi nam z Kolumbii chipsy z platanów. Są bardzo dobre.
– Nie, nie platan – gekon przejechał łapką po pyszczku nieco podłamany – Platon! – krzyknął, na co echo tylko czekało: „baton, baton, baton, z czekoladą”. – Oszaleję z tym echem! – jęknął Nikos, przewracając oczami tak śmiesznie, że musiałyśmy się szczypać z Riciulą po dłoniach. Po chwili, gdy się już uspokoił, ciągnął dalej. – P-l-a-t-o-n to fi-lo-zof, który stawiał bardzo dobre pytania a w jego nauce było wiele piękna. W każdym razie jego myślenie bardziej mnie pociąga niż golas w beczce, który zachowuje się jak, jak… Zmieńmy temat. Widzę, że macie ciasteczka. Mogę jedno?

Przypomniałyśmy sobie o ciasteczkach, które niosłyśmy do pokoju dla braci Riciuli. Podzieliłyśmy się z gekonem i same schrupałyśmy resztę. Ściana, której dotykałyśmy, załamywała się co jakiś czas i ciągnęła nieustannie prowadząc nas czasem w ślepe zaułki, z których po chwili trzeba było wyjść i snuć się dalej.
– Ale minotaura już tu nie ma? – spytała Riciula niepewnie.
– Nie ma, nie ma. Ależ ci bracia lubią cię straszyć.
Po kilkudziesięciu kolejnych krokach usłyszeliśmy chichoty braci Riciuli. No oczywiście bawili się w najlepsze. Korytarz wszedł do okrągłego, całkiem jasnego pomieszczenia, pośrodku którego bracia Riciuli grali sobie w karty. Cały czas pamiętałam, by nie puszczać się ściany, bo trzeba będzie iść według tej zasady dalej. Tylko Riciula wzięła się pod boki i zawołała:
– Jesteście okropni! („opni, opni, opni!” – potwierdziło echo). Czy wy mnie już w ogóle nie lubicie? !(„icie, icie, icie”) Ciągle mi dokuczacie! („-acie, -gacie, -gacie”)
I choć echo się wygłupiało, zrobiła buzię w podkówkę tak, że nawet gekonowi nabiegły łzy do oczu. Wdrapał się zwinnie na jej ramię i łypał teraz najgroźniej jak potrafił na chłopców. Niestety większość gekonów nie potrafi wyglądać groźnie. Ich pyszczki z wybałuszonymi oczkami są wręcz zabawne. I im groźniejszą minę robił tym bardziej wszystkich rozśmieszał. Chichotała już nawet Riciula i ja. Bo śmiech jest zaraźliwy. Na koniec zaczął się śmiać nawet Nikos. Spadł na podłogę i leżąc na plecach trzymał się za blady brzuszek. Najbardziej ze wszystkich śmiało się jednak… echo, wiadomo.

– Nie jesteście troszkę za głośno? – zapytał bardzo gruby głos. Przestraszyłam się, że to jednak minotaur i już… już sobie wyobrażałam jak z jednego z korytarzy wychodzi straszliwy, rogaty stwór i łapie nas pod pachy i porywa w czeluści labiryntu, ale… to był Tata Riciuli, który zajrzał do pokoju z najmłodszym synkiem na ręku. – Szukamy pluszaczka Michałka. O, widzę, że bierze udział w waszej zabawie.
– To gekon Nikos! – powiedziała Riciula i rzuciła pluszaczka w ich stronę.
A potem byliśmy cicho. Pozbieraliśmy klocki i zagraliśmy w karty. W świnię. I ja przegrałam. Zostałam świniopasem na dwadzieścia najbliższych lat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *