Odcinek 8 (33) – O szeryfie, mustangach i ani słowa o tomahawku

To historia o małym chłopcu, który – choć drżały mu łydki i szczękały zęby – zachował się jak największy bohater Dzikiego Zachodu. A Goszajka mu trochę w tym pomogła. Będą też oczywiście tajemnicze imiona, potężni Indianie i szalony wyścig z czasem nad dziką rzeką. Jesteście gotowi?

Roses City – miasteczko na Dzikim Zachodzie. Do jego budowy zużyłam prawie wszystkie moje klocki. Budowa trwała kilka dni. Kładąc się spać, wstając rano czy po prostu, chodząc po pokoju musiałam uważać, by nie zepsuć tego, co już postawiłam. To miało być najbardziej urokliwe miasteczko Dzikiego Zachodu, jakie tylko możecie sobie wyobrazić. Niska zabudowa, kolorowe domy. Niektórym doklejałam taśmą starannie wypisane flamastrami szyldy. „Szeryf”, „Saloon”, „Fryzjer”, „Bar pod zwichniętym kopytem”, „Sklep spożywczy – U Traperów”. Za tym ostatnim, jak skręcić w prawo, dochodziło się do kościoła, przy którym była też szkolna salka. A za kościołem wiła się niewielka rzeczka z niebieskich klocków. Nazwałam ją po prostu Blue River. Przełożyłam nad nią prostą kładkę, która być może przemieni się w ładny most. Na drugim krańcu miasta znajdował się urząd pocztowy i dworzec. Stację budowałam na sam koniec. I jak zwykle. Gdy dostawiłam ostatni klocek (był nim daszek nad kasą z biletami) natychmiast poczułam, że miasteczko ożywa. Domy podniosły się jak szybkorosnące kwiaty. Przy wodopoju rżały konie, czekając na swoich właścicieli. Wyglądały na zmęczone upałem, a może długą drogą przez prerię? Szłam przez miasteczko. Słońce było w zenicie, to znaczy najwyżej tego dnia, więc na ulicy kładły się bardzo krótkie cienie. Nie napotykałam wielu osób. Urzędowe sprawy i zakupy w Roses City załatwia się rano. Sklepy, choć otwarte, nie przyciągały w środku dnia zbyt licznych interesantów. Nagle, z domu naprzeciwko urzędu szeryfa wyszedł chłopiec w moim wieku. Za paskiem spodni miał drewnianego kolta, a z kieszeni sterczała mu też proca. Wyglądał na sympatycznego rozrabiakę. Zauważył mnie i przyglądał mi się spod kapelusza z ciekawością.

– Przyjezdna? Jak się nazywasz?- zapytał podchodząc. Miał ładne, spiczaste buty nad kostkę, kapelusz, kraciastą koszulę i chlebaczek przewieszony przez ramię.
– Goszajka jestem. Mieszkam… niedaleko – odpowiedziałam i w sumie była to przecież prawda. – A ty?
– Jestem George. I jestem synem szeryfa – powiedział z dumą w głosie. Po chwili jednak dodał już mniej dumnie – Ale chciałbym, żeby tata trochę inaczej tutaj rządził.
– Robi coś nie tak?
– Owszem. Nie lubi Indian. Mówi o nich czasem straszne rzeczy, a nawet potrafi zabierać im to, co do nich należy. Zresztą… Tyle już im zabrano od kiedy zaczęliśmy się tu sprowadzać my „biali” – powiedział ściszonym głosem George, kręcąc przy tym spuszczoną głową. Po chwili trochę się przybliżył i rozglądając się jakby się kogoś bał, powiedział – A gdy się okazało, że w okolicy znajdują się żyły złota to już całkiem źle się zaczęło dziać. Moja babcia mówi, że nam wszystkim poprzewracało się w głowach, a zamiast oczu ludziom się porobiły takie dwa złote talary. Nie widziałem nigdy talarów, ale chyba wiem o co jej chodzi. Przepraszam, że tak nawijam, ale nie mam z kim o tym wszystkim pogadać. Już ci nie zawracam głowy. Zaniosę tacie drugie śniadanie, a potem… Mam coś do załatwienia – wyszeptał tajemniczo.
– Jeśli nie masz nic przeciwko, chętnie ci potowarzyszę. Nie mam nic ciekawego do roboty – powiedziałam głośno myśląc jednocześnie jakie to jednak zawsze jest niesamowite. Buduję coś z moich klocków, a potem ta historia wymyka mi się zupełnie spod kontroli. Nigdy nie wiem kogo spotkam i co się wydarzy. – Znasz jakichś Indian? – zapytałam.

George rozejrzał się jeszcze raz i powiedział półgłosem:
– Właśnie się do nich wybieram. To moi przyjaciele. Wstąpię jeszcze tylko do mojego taty i możemy ruszać za most – pokazał w kierunku Blue River.
Tata Georga nawet mnie nie zauważył. Był bardzo zdenerwowany i strapiony. Spojrzał smutno na swojego syna i powiedział, że dostał telegram ze smutną wiadomością. Jego siostra, czyli ciocia Georga jest poważnie chora.
– Ma bardzo wysoką gorączkę, która nie chce spaść. Lekarz nie ma więcej rad. Czekam na mojego zastępcę, będzie lada chwila i natychmiast do niej jadę.
Po tych słowach wstał, włożył kapelusz i wyjrzał przez okno. Zastępca biegł co sił w nogach. Szeryf od razu ruszył po konia i po chwili na drodze widzieliśmy już tylko kurz unoszący się po zawrotnym galopie.
– Mam pomysł! – zawołał George. Złapał mnie za rękę i pobiegliśmy. Minęliśmy sklep, kościół ze szkolną salką (w której teraz nie było lekcji tylko pastor ćwiczył psalm na kowbojską nutę) i zaraz byliśmy na moście.
– Dokąd biegniemy? – zapytałam.
– Do Indian, do Indian. Do moich przyjaciół, tak jak mówiłem. Tylko teraz bardzo zależy mi na czasie. Wiem, że oni mają lekarstwo.
Indianie mieszkali kawałek za rzeką. Brakło mi już tchu, gdy dotarliśmy do wejścia do ich wioski. Powitało nas rżenie najprawdziwszych mustangów i szczekanie psów. Jakieś dzieci zajęte zabawą na widok Georga zerwały się radośnie, żeby go przywitać.
– Czy jest Szary Orzeł? – zapytał George.
Dzieci widząc, że George nie ma głowy do zabawy zaprowadziły go do tipi wodza.
– George? – potężny Indianin nie był zadowolony, że ktoś wpada do jego domu bez zapowiedzi (nie powiem, że bez pukania, no bo jak zapukać w tipi). Widząc jednak, że chłopiec przychodzi w jakiejś ważnej sprawie wyciągnął wielkie ramię w naszą stronę i zapytał o co chodzi. George opowiedział mu o chorobie cioci.
– Ja wiem, że nie mam prawa o to prosić, Wodzu. Mój ojciec jest dla was niesprawiedliwy, a ciocia obrosła w cenne przedmioty, które należą do was, a jednak… Proszę o lekarstwo. Czy Złoty Liść mógłby dla nas coś przygotować?

Jak się później dowiedziałam, Złoty Liść był specjalistą od naparów z ziół i uzdrawiającego napoju na bazie ryżowej wody. Szary Orzeł nie miał chwili zawahania. Natychmiast kazał przyrządzić lek na wysoką gorączkę. (Wiem, że sytuacja była poważna, ale ja jeszcze rozglądałam się za Wielką Chochlą. Pamiętacie poprzednią przygodę? Chciałam spotkać Indianina o tym imieniu, gdy będę na Dzikim Zachodzie. Spodziewałam się, że to będzie imię potężnego wodza, ale okazało się, że tak ma na imię najstarszy syn przywódcy wojowników. Nazwali go tak, bo podobno pierwszy łuk, który zrobił przypominał właśnie wielką chochlę. Nie mam czasu teraz o nim więcej pisać, powróćmy do Georga.)
– Zawieziemy was do cioci – powiedział wódz. – George wsiądzie na konia ze mną, a ten młody kwiat – powiedział wskazując na mnie – którego mi jeszcze nie przedstawiłeś, pojedzie z Wielkim Wichrem.
– Goszajka. Jestem Goszajka – powiedziałam trochę się rumieniąc, bo dotąd tylko tata mówił do mnie kwiatuszku.
– Hmm… GO-SZAJKA – zamyślił się Szary Orzeł, powtarzając moje imię. – Nie znam dobrze języka bladych twarzy, ale czy to znaczy, że jesteś Idącym Rozrabiaką?
– Czy jestem rozrabiaką to inna sprawa, ale w języku białych ludzi moje imię znaczy perła. – odpowiedziałam.
– A zatem Lśniąca Perła – tak będę się do ciebie zwracał.
– Lekarstwo gotowe – usłyszeliśmy zza skórzanej przegrody.

Złoty Liść powiedział, żeby podać je jak najszybciej i koniecznie ciepłe. Nie było czasu do stracenia. Wskoczyliśmy na mustangi i ruszyliśmy z kopyta cwałując jak na wyścigach. Cudownie było pędzić na tych półdzikich koniach. Czuło się, że nie są do końca oswojone. Że nie słuchają się Indian z przymusu, ale dlatego, bo chcą. Droga wiodła przez prerię i kanion aż w końcu dojechaliśmy do celu. Przed domem stał rumak szeryfa. Jakież było zdziwienie taty Georga, gdy do domu weszło dwóch potężnych Indian, prowadzonych przez jego synka. Wiedziałam, że szeryf ich nienawidził. Jednak ten znany na całym Dzikim Zachodzie strażnik Roses City, który gardził Indianami i zadał im wiele cierpienia, stał teraz nieporadnie, nie mogąc wykrztusić ani słowa. Był smutny, pochylony wpół. Przy oknie na łóżku leżała jego półprzytomna siostra – ciocia Georga. Wielki Wicher podszedł do niej, wyjął z torby lekarstwo i wlał delikatnie do ust chorej. Po chwili wlał jeszcze trochę i powiedział, że trzeba poczekać.
– To samo mówił lekarz, ale poddał się – jęknął szeryf, trochę chyba ze złością.

Zapadła niezręczna, głucha cisza. Szczerze mówiąc nie wiem dlaczego o takiej ciszy mówi się, że jest głucha, skoro słyszy się w niej wszystkie muchy, o burczeniu w brzuchu już nie wspomnę. Jednak po kwadransie, ciocia Georga otworzyła oczy. Szkliły się jeszcze od gorączki, ale powoli zaczynały nabierać wyrazu. Zniknęły też wypieki. Po godzinie ciocia siedziała już na łóżku próbując zrozumieć co tu się dzieje. Szeryf nie posiadał się ze zdumienia. Ale zadziwiły go dwie rzeczy. Oczywiście w pierwszej kolejności to, że siostra wyzdrowiała. Ale druga rzecz, która zdumiała go jeszcze bardziej to fakt, że Indianie, których tak krzywdził, przyszli na pomoc jego rodzinie.

Chyba nie muszę mówić jak bardzo zmieniło się życie w Roses City. Indianie zostali honorowymi obywatelami miasta, choć wcale im na tym nie zależało. Ale wiadomo – blade twarze lubią te wszystkie uroczystości z wielką pompą, odznakami, papierami z pieczątką i poklepywaniem po ramieniu… Gdy wszyscy rozeszli się do domów, Szary Orzeł zgodził się, bym odprowadziła jego rodzinę do ich wioski.
– Lśniąca Perło, jak nazwałabyś Georga?
– Wojownik Pokoju, bez dwóch zdań.
– Tak będzie. Howgh.
Pociągnął fajkę. Na chwilę zamknęłam oczy. Gdy je otworzyłam, usłyszałam głos mamy, która pośród pachnącego dymu zawołała:
– Goszajka, choć na kolację. Naleśniki się przypaliły, ale tata takie lubi. Porobił z nich tipi Indian i czeka na szeryfa. Ratuj, bo z nim nie wytrzymam.
– Lśniąca Perła wkracza do akcji! – zawołałam i pobiegłam do kuchni.

  2 comments for “Odcinek 8 (33) – O szeryfie, mustangach i ani słowa o tomahawku

  1. 5 listopada 2017 at 22:13

    Fajne te bajki i wiele w nich wiadomości zawierasz. Bardzo ciekawie porównywałaś układ planetarny do owoców a atmosferę do płaszcza. 🙂 W tę bajkę o Indianach wkradł się jednak lekki, choć powszechny błąd, a powszechny dlatego, że powielany właśnie tak. Stąd pomyślałam, że zwrócę na to uwagę, Zwłaszcza, że bardzo prosto można go poprawić. Otóż piszesz – wigwamy a masz na myśli tipi.
    W wigwam można zapukać, to dom zbudowany z kory drzew wyglądający trochę jak igloo. Namiot ze skór, który najwyraźniej masz na myśli, porównując go ( super zresztą) do naleśnika, to tipi.
    Tu masz opis i obrazy dla WIGWAMU. https://pl.wikipedia.org/wiki/Wigwam
    Pozdrawiam

    • Autorka
      6 listopada 2017 at 10:20

      Bardzo dziękuję za dobre słowo i za zwrócenie uwagi. Błąd, faktycznie – już poprawiam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *