Odcinek 7 (32) – O panu Claudzie, zabawie w chowanego i damach z obrazu

Moja babcia ma w salonie mały obrazek przedstawiający łąkę pełną maków. Kiedyś myślałam, że dom, który na nim widać w oddali to babci kamienica i że obraz namalował dziadek. Rozbawiłam całą rodzinę, gdy zapytałam przy kolacji czemu dziadek nie namalował więcej obrazów, skoro tak ładnie mu wyszedł ten jeden. Nie lubię jak się ze mnie śmieją, ale to, co powiedziałam musiało być chyba naprawdę zabawne. Dowiedziałam się wtedy, że obrazek babci to tylko kopia, a sam oryginał obrazu „Maki” jest trochę większy i namalował go Claude Monet w 1873 roku. „To rzeczywiście nie mogło być dzieło dziadka” – powiedziałam pod nosem, a ramionka opadły mi jak gałązki wierzby.

Wiadomość o panu Claudzie nie odmieniła mojej miłości do obrazu na ścianie babci. Nadal był najpiękniejszy na świecie. „Założę się, że jest piękniejszy od oryginału” – myślałam nieraz wpatrując się w rozległą, pagórkowatą łąkę, pełną wysokich traw i maków. Schodzą nią dwie damy w towarzystwie dzieci. Pierwsza para jest znacznie niżej, więc nie wiadomo czy się znają z drugą parą. Być może spędzają wakacje w okolicy i po prostu widują się na spacerach. Mocno też wytężałam wzrok, by rozpoznać, czy to dziecko w oddali jest chłopcem czy dziewczynką. Babcia twierdzi uparcie, że to dziewczynka. Miło by było poznać tak wytworne towarzystwo. Czy jest to możliwe? Oczywiście! Od czego są moje niezwykłe klocki!
Tego dnia z Riciulą miałyśmy naprawdę dużo pracy. Tata wydrukował nam obraz Moneta. Biedny malarz mocno by się zdziwił, gdyby zobaczył jak jego arcydzieło wychodzi z drukarki. Zrobiłby też pewnie wielkie oczy widząc swoje dzieła na kubkach do picia, puszkach na kredki, piórnikach, koszulkach i tapetach. Babcia jednak mówi, że te marne nadruki nigdy nie zrobią tak kolosalnego wrażenia jak oryginały jego prac.

Obrazek z drukarki posłużył nam, mnie i Riciuli, za ściągawkę. Postanowiłyśmy bowiem ułożyć z moich klocków „Maki” Moneta! Szalony pomysł, wiem, ale wy zrobilibyście na moim miejscu to samo, prawda? Dużym wyzwaniem dla naszej wyobraźni był fakt, że klocki są… kanciaste, a pędzel artysty taki subtelny i delikatny. Gdy mama zajrzała do pokoju, żeby postawić nam talerz winogron, stwierdziła, że układamy chyba jakąś drewnianą sałatkę warzywną. O nie! Co za obraza naszej twórczości. Zrobiłam naburmuszoną minę numer 3, zaczęłam udawać, że płaczę, a Riciula, która wczuła się doskonale w rolę – objęła mnie i zaczęła pocieszać. Mama – która również wyczuła o co chodzi – wyszła z pokoju uśmiechając się pod nosem: „To ja już może nie będę artystkom przeszkadzać”. Gdy zamknęła drzwi, my – jak gdyby nigdy nic – wróciłyśmy do budowania naszej sałatki, o przepraszam – naszej łąki. Uparcie wierzyłam, że nawet jeśli mój Monet będzie kanciasty to klocki będą wiedziały co robić i że obraz ożyje jak wszystko, co do tej pory z nich zbudowałam.

Rzeczywiście. Gdy Riciula położyła ostatni kanciasty czerwony mak pośrodku łąki, powiał mocniejszy wiatr, pokój zawirował, a my przewróciłyśmy się w wysoką trawę, która falowała teraz nad nami. Wyżej rozpościerało się błękitne niebo z delikatnymi obłokami. Leżałyśmy tak zachwycone, gdy po chwili usłyszałyśmy kroki. Zerwałyśmy się z ziemi i zobaczyłyśmy wytwornie ubraną damę w kapeluszu, która niosła parasolkę od słońca. Tuż obok niej dreptała dziewczynka i z zapałem coś opowiadała po francusku. Zamilkła gdy nagle wynurzyłyśmy się z trawy.
– Dzień dobry – powiedziałam dygając lekko i dodałam: – Bonjour!
A potem stała się rzecz niezwykła, jakby cała ta sytuacja nie była już dość nadzwyczajna. Dama i dziewczynka mówiły do nas po francusku, a my do nich po polsku i świetnie się rozumiałyśmy.
– Kim jesteście? – zapytała dama, przyglądając się naszym strojom z pewnym zdegustowaniem. Chyba nie podobały się jej moje krótkie bojówki i nie do końca uczesane włosy. No może dziś ich nie czesałam, ale za to wczoraj porządnie.
– Jestem Goszajka. To moja przyjaciółka Riciula. I my… tutaj… bawimy się w chowanego. Tak wybujała łąka to świetne miejsce do zabawy, czyż nie? – spytałam tak, jak pytają wytworne damy.
– Mais oui! Ja mam na imię Maylise – zawołała dziewczynka i już chciała zacząć z nami latać po łące, gdy ostatkiem sił się powstrzymała i zapytała swojej (jak się dowiedziałyśmy) cioci czy może się z nami pobawić.
Ciocia już chyba chciała powiedzieć, że nie, że muszą iść (w wolnym tłumaczeniu: „nie zadawaj się z obcymi dziećmi, w dodatku w krótkich spodenkach”), ale dołączyła do nas druga para z obrazu. Druga dama była znacznie bardziej sympatyczna, a gdy jej podopieczna Bibiane (tak, okazało się, że ta postać z oddali to dziewczynka) od razu zagadnęła „w co się bawimy”, pierwsza dama spuściła z tonu i pozwoliła również Maylisse trochę pobiegać. To była świetna zabawa! Najpierw chowałam się ja, Riciula i Maylise, a Bibiane nas szukała.

Nasze nowe francuskie koleżanki łatwo było znaleźć przez te ich kapelusze. Ja się raz schowałam w największej gromadzie maków na łące i szukały mnie naprawdę długo. Zdążyłam policzyć kropki na osiemnastu biedronkach. Potem Bibiane schowała się pod spódnicę swojej kuzynki, to znaczy tej drugiej damy z obrazu. Pierwsza dama była tym doprawdy zniesmaczona. Ale mnie, Riciulę i Maylise brzuchy ze śmiechu bolały, bo to bardzo śmiesznie wyglądało. Dama, z którą przyszła Bibiane stała nieruchomo i tylko pupa jej tańczyła coś w rodzaju salsy czy rumby. Ale nie wypadało przecież podejść, żeby podwinąć kieckę. Gdy, już, już się podkradłyśmy i prawie klepnęłyśmy kuzynkę w tą tańczącą niby-pupę, usłyszałyśmy…
– A co wy robicie?! – Nie, to nie był głos pierwszej damy z obrazu tylko mojej mamy, która weszła zabrać talerz po winogronach. Ja siedziałam potargana za łóżkiem i górą z kołdry, a Riciula za skrzynią z klockami, na której stały kwiatki z parapetu.
– Bawimy się na łące pana Moneta! – zawołałam.

Po środku pokoju leżał nasz kanciasty obraz. Trzeba było go rozebrać – zajmował całą podłogę. Tata tylko zdążył zrobić zdjęcie i ustawił sobie z niego tapetę na komputerze. „Zawsze chciałem mieć jakiś oryginalny obraz Moneta, a ten jest naprawdę ORY-GI-NALNY” – powiedział tata na głos, żeby słyszał go cały dom a przy tym puścił do mnie oczko. Nie mogłam się oprzeć. Podbiegłam do niego po cichu na palcach i powiedziałam „Kocham cię tato, wiesz?”. „A ty wiesz, że ja ciebie bardziej?” – odpowiedział i wybuchnęliśmy śmiechem. Jak zwykle.

  1 comment for “Odcinek 7 (32) – O panu Claudzie, zabawie w chowanego i damach z obrazu

  1. 26 października 2017 at 19:13

    Super bajka 🙂

    Pozdrawiam bohaterów !)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *