Odcinek 6 (31) – O Wielkim Wozie, mleku w kosmosie i dobrym znajomku

Siedem gwiazd układa się na niebie w Wielki Wóz. Prawdę mówiąc przypomina mi on bardziej rondel z ułamaną rączką. I podobno tak go w niektórych krajach nazywają – Wielki Rondel. W jeszcze innych mówią o nim Wielka Chochla. To brzmi jak imię wodza Indian. Wielka Chochla! Jeśli kiedyś wybiorę się na Dziki Zachód, koniecznie muszę spotkać kogoś o tak zacnym imieniu.

 

Tego dnia nie miałam dużo czasu na budowanie. Po obiedzie było wielkie sprzątanie w domu. Takie z przeglądem szaf, szafek i szuflad oraz wielkim poszukiwaniem skarpetek do pary. Na wieczór rodzice zaplanowali, że wszyscy pójdziemy na przedstawienie do teatru. Ktoś może powie, że na ustawienie paru klocków jeden na drugim zawsze znajdzie się czas, ale przecież nie o tym w ogóle mowa. Chodzi o taki czas, w którym mogłaby narodzić się na naszych oczach wielka przygoda. Po sprzątaniu otworzyłam jedną z moich skrzyń i wyjęłam siedem klocków. Chciałam sobie chociaż na nie popatrzeć. Już wiecie co postanowiłam na szybko zbudować? Oczywiście – Wielki Wóz. Zerkałam na mapę nieba, którą tata rozwiesił mi nad łóżkiem. Tata poprzyklejał mi też na suficie naklejki układając z nich Wielką Niedźwiedzicę. Wielki Wóz to siedem najjaśniejszych gwiazd tego zbioru. Tak dokładniej, nie śmiejcie się, to jej zadek, tzn. niedźwiedzia pupa. Ułożenie klockowych gwiazd w Wielki Wóz zajęło mi siedem sekund. I choć niczego się nie spodziewałam, natychmiast poczułam, że zaczyna się dziać ta niezwykła rzecz – MOJA BUDOWLA ROŚNIE. Nie, nie urosła na szczęście do rozmiarów prawdziwego Wielkiego Wozu. Na środku mojego pokoju stał duży, kanciasty rondel, którego „dolne gwiazdy” były kółkami. Nie był on płaski, choć taki powinien wyjść z „siedmiu kropek” po ich połączeniu. Można było do niego jak najbardziej wsiąść i nawet nie chciało mi się zastanawiać jak to możliwe. Wrzuciłam do środka poduchę, wskoczyłam i… nic! Wóz ani drgnął! Zanim jednak zaczęłam się o to martwić pod moimi nogami poruszyła się klapa w podłodze Wozu. Ktoś próbował się spod niej wygramolić. Nie uwierzycie! To był Królik! Znowu Pan Królik!

– Witaj, Goszajko! – powiedział swoim nienagannym dworskim tonem, kłaniając się przy tym lekko razem z uszami.
– Och Króliku! Tak tęskniłam! Co ty tu robisz?!
– Wyruszam na poszukiwanie kosmicznych krów! – odparł zawadiacko z tą samą odwagą, którą miał, gdy był kapitanem wyprawy morskiej.
– Kosmicznych krów?
– No tak! Nasza planeta znajduje się w Galaktyce zwanej Drogą Mleczną. Czy to przypadkowa nazwa? Nie sądzę! Tam, gdzieś na niebie, pasą się zapewne kosmiczne krowy, a jakaś niezdara rozlewa ich mleko. Nawet jeśli ma alergię na laktozę to doprawdy mogłaby pomyśleć, że nie wypada marnować żywności. Ktoś się tym powinien w końcu zająć, nie uważasz?
Wyobrażacie sobie, jak mocno musiałam gryźć się w język i policzki, kiedy mój kochany Królik z takim przejęciem snuł swoje przypuszczenia? Prawdę mówiąc – bardzo, ale to bardzo chciałam go też wyściskać. Ale się powstrzymałam. Sama nie wiem jak.
– A czy wiesz, Króliku, jak uruchomić nasz Wóz?
– Trzeba palcem wskazać Gwiazdę Polarną.
– Ale, ale, ale… przecież nie widać teraz innych gwiazd – powiedziałam rozglądając się po pokoiku.
– Po pierwsze masz mapę nieba na ścianie, a po drugie to bardzo proste i bez mapy. Widzisz tę parę gwiazd na tyle wozu? – Wskazał na gwiazdę ze szczytu mojego oparcia i gwiazdę, która była kółkiem pode mną. – Przedłużając linię, na której leżą o pięć takich odcinków, trafimy na Gwiazdę Polarną – wyjaśniał Królik, choć pewnie by przestał, gdyby widział moje zdziwione, wielkie oczy i otwartą buzię. Nic nie rozumiałam. Ale na szczęście był bardzo przejęty swoim wykładem. W końcu krzyknął: „Patrz!”. Królik wyciągnął łapkę i na niebie rozbłysła piękna, mocno lśniąca gwiazda, która od zawsze w bezchmurne noce wskazywała żeglarzom kierunek północny. Wóz po chwili porwał nas w czarne niebo ozdobione miriadami gwiazd. Widok zapierał dech w piersiach. Musieliśmy poruszać się z prędkością większą niż prędkość światła. Jedynie tak można wyjaśnić fakt, że wróciłam do domu na śniadanie tego samego dnia, w którym śniadanie już jadłam. Wiem, że to trochę poplątane, ale jeśli prześcigamy światło – możemy podróżować w czasie. Tak przynajmniej twierdzi tata, a ja tacie wierzę i już. Wyjaśniłam też po drodze Królikowi (ku jego wielkiemu rozczarowaniu), że na Drodze Mlecznej nie spotka kosmicznych krów, bo sama nazwa pochodzi po prostu od białej plamy światła, w którą zlewa się Galaktyka, gdy patrzymy z odpowiedniego miejsca na Ziemi. Aczkolwiek starożytni Grecy wymyślili sobie kawał nieprawdopodobnej historii, w której doszło do rozlania mleka. Według nich to właśnie z mleka Hery, żony Zeusa, która nie chciała nakarmić Heraklesa, rozlała się na niebie Droga Mleczna, a z kropel, które spadły na ziemię wyrosły białe lilie. Trzeba przyznać, że mieli naprawę szaloną wyobraźnię. A spamiętać te wszystkie ich historyjki! Słyszałam jak kiedyś tata powiedział do babci, że to wcale nie Argentyńczycy wymyślili telenowele tylko właśnie starożytni Grecy. Babcia na to tylko fuknęła, bo właśnie zaczynał się jej serial.

Królik, gdy już ochłonął, zaczął mi czytać swoje notatki spisane marchewkowym atramentem. Czy wiecie, że w naszej Galaktyce znajdować się może nawet czterysta miliardów gwiazd? Ciekawe czy tyle cukierków znalazłabym we wszystkich sklepach na świecie. Możecie to sobie wyobrazić? Ale to nie wszystkie królikowe notatki. Na koniec zostawił coś niesamowitego.
– Astronomowie wyliczają, szanowna panno Goszajko, że wszystkich gwiazd, które są w zasięgu naszych teleskopów jest podobno o wiele więcej niż ziarenek piasku na całej Ziemi. Wszystkich, łącznie z tymi, które są w piaskownicy na twoim podwórku. I co na to powiesz? – dopiero teraz na mnie spojrzał zamykając powoli swój notesik i kładąc na nim – trzeba przyznać po królewsku – swoją puchatą łapkę. Mimo szczerych chęci, niestety nie mogłam mu już prawie nic odpowiedzieć. Zaczęło mi się kręcić w głowie i bardzo chciałam już wrócić na ziemię, żeby przytulić się do mamy. Powiedziałam o tym królikowi i zaraz byłam w kuchni, w pidżamie, mama robiła jajecznicę i miałam wrażenie, że wszystko, co się dzieje już się działo. Prześladowało mnie to uczucie aż do momentu, gdy po sobotnich porządkach w szafach, szafkach i szufladach i wielkim poszukiwaniu skarpetek do pary miałam chwilę, żeby coś zbudować… sięgnęłam wówczas po siedem klocków…

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *