Odcinek 5 (30) – O Barnabarze, dwóch wilkach i chilli (część 2)

Czarownice podeszły do lady. Ich haczykowate nosy wciągały zapachy, dochodzące z naszej kuchni. Razem z Riciulą stanęłyśmy jednak dzielnie na stanowisku. W końcu to nasz Barnabar i my tu dbamy o bezpieczeństwo! Od ponad godziny miałyśmy już na oku dwa wilki, które wcale nie zbierały się do wyjścia. Teraz przyszły kolejne bohaterki z baśni, które wyglądały nazbyt znajomo!

– Co podać? – zapytała moja przyjaciółka.
– A nic, kochanieńka – odparła ta z koszem pierniczków. – Pomyślałam sobie, że przy mojej niskiej emeryturze jakoś się dogadamy i mogłabym tu dostarczać moje pierniczki do sprzedaży? Tyle ich piekę, że już całą chatkę sobie z nich postawiłam. A dachóweczki jakie pyszne mi wyszły.
– Koleżanka prawdę mówi – zaskrzeczała druga czarownica – pyszne pierniczki piecze. Nawet kiedyś skusiły się na nie dzieci – Jaś i Małgosia. A to zgrywusy były. Myślały, że można sobie od tak poobgryzać rynnę i okiennice.
– Zupa kipi! – zawołałam, choć oczywiście wcale nie kipiała. Moja mama w podobnych sytuacjach mówi, że zostawiła żelazko na gazie. Musiałam po prostu z Riciulą pogadać w kuchni na spokojnie. Weszłyśmy za nasze wahadłowe drzwiczki (takie jak mają w karczmach na Dzikim Zachodzie) i rozpoczęłyśmy szybką naradę.
– Jaś i Małgosia – znam tę bajkę – powiedziałam – Przecież te dzieci wrzuciły czarownicę do pieca. Jejku! Jakie straszne bajki rodzice nam czytają. Ludzi żywcem w ogniu palą. Ale patrz. Czarownica jednak żyje. Może ta historia ma jakieś inne zakończenie, o którym nikt do tej pory nie wiedział?
– Możliwe. – przytaknęła Riciula. – Może czarownica nie jest łatwopalna. Co robimy? Poobserwujemy chwilę co się tam dzieje? Tylko pamiętaj – nie bierz od nich nic do jedzenia. Ani gryza.

Wyjrzałyśmy ostrożnie znad drzwiczek, patrząc co się dzieje przy ladzie. Czarownica z pierniczkami ukleciła z papierowych serwetek ozdobne woreczki i do każdego wkładała po kilka ciasteczek wiążąc je na koniec wstążeczką, która wychodziła z kieszeni jej płaszcza. Sama wstążeczka zdawała się nie mieć końca. Paczuszki wyglądały cudownie. Druga czarownica chrupała jabłko, z którym przyszła. Czyżby nie było ono jednak zatrute i przeznaczone dla Śnieżki? Naraz naszą uwagę przykuł ogromny harmider w drzwiach wejściowych. Do naszego baru dotarło siedmiu krasnali, którzy wracali z kopalni. Zachowywali się jak kibice w pubie, gdy ich drużyna wygrywa 5:0.

– Ale jesteśmy głodni! – ryknął jeden na cały bar. Aż wilkom, które grały w brydża zjeżyła się sierść.
– Odkąd Śnieżka wyszła za księcia nikt nam nie gotuje! Zupki chińskie sobie zalewamy. W końcu bar otworzyli, no patrzcie państwo! – radował się drugi klepiąc przy tym wilka w plecy aż mu karty z rękawów wyfrunęły pod sufit, bo oczywiście oszukiwał.
– W sumie moglibyśmy się nauczyć gotować – odezwał się nieśmiało trzeci krasnal, ale czwarty i piąty tylko spuścili mu dla żartu czapkę na oczy.
– Ciasteczka na początek proponuję – czarownica rozdała każdemu po paczuszce swoich wypieków. Krasnale rzuciły się na te ciasteczka, jakby znalazły bryły złota.
– I jeszcze podwójna porcja pomidorowej dla każdego! – zawołał przywódca.
– Panowie, ja tu nie pracuję – powiedziała czarownica przepraszającym tonem. Wyglądała na taką, której naprawdę przykro, że nie może spracowanym krasnalom pospieszyć z ciepłym posiłkiem. I wtedy z Riciulą już wiedziałyśmy co należy zrobić.
– Ależ pracuje tu pani! – zawołałam – A na pięterku może pani nawet zamieszkać. Przecież chatka z pierniczków nie wytrzyma jesiennej słoty, nie mówiąc już o śnieżycach. A zatem ogłaszam wszem i wobec, że Barnabar przechodzi na pani własność. Pomidorówka i pierniczki – to będzie wasza specjalność, bo koleżanka pewnie pomoże?

Druga czarownica aż się zarumieniła z radości i uśmiechnęła tak miło, że już ani trochę nie przypominała tej strasznej jędzy, która stała przed chwilą przy ladzie. Oddałyśmy czarownicom nasze fartuszki, życzyłyśmy wszystkim smacznego i po cichutku wyszłyśmy z chatki. Przyznam się wam jednak, że jeszcze trochę postałyśmy przy drzwiach, żeby przez szparę posłuchać co się będzie działo. Wiem, że to nieładnie tak podsłuchiwać, ale byłyśmy bardzo, bardzo ciekawe. Czarownice w fartuszkach ciągle jeszcze stały jak rzeźby z kamienia. Na ich twarzach rysował się wielki znak zapytania. Tak przynajmniej powiedziała Riciula, która patrzyła przez dziurkę od klucza. Ja miałam ucho przy szparce. Było cicho jak makiem zasiał. W końcu jedna z czarownic przerwała milczenie:
– Ej, Jaga, a wiesz co to jest ta pomidorówka?
– Herminko, no co ty!? W życiu nie gotowałam żadnej pomidorówki. Ale pewnie poprzednia kierowniczka tego lokalu trzyma przepisy w szufladzie. Damy radę. Najwyżej coś wyczarujemy. Zostań ze mną. Mamy szansę wyjść na ludzi. Może nawet kiedyś jakieś dziecko nas polubi.
– Ja tam panią lubię – usłyszałyśmy głos przywódcy krasnali i mocne klepnięcie w plecy.
– A czy potrafi pani wyczarować sarnie żeberka i świńskie ryjki dla kolegi? – pytał oczywiście wilk od Czerwonego Kapturka.
– Jak głosi jedno z naszych haseł reklamowych: „W Barnabarze są warzywa na parze” – odparły chórem dwie czarownice. – Panu możemy zaproponować coś na ostro. Pomidorowa z chili – powiedziała stanowczo pierniczkowa czarownica zerkając w przepisy, które znalazła w szufladzie. Ja i Riciula spojrzałyśmy na siebie porozumiewawczo. Musiałyśmy jednak uważać, żeby nie wybuchnąć śmiechem, tym bardziej, że wilk machał łapami jak kukiełka na sznurkach:
– Nie, nie, nie! Wielkie dzięki! Kolega już drugie wiadro wody pije, a jeszcze go pali!
– To chyba już możemy iść – powiedziała szeptem Riciula, dławiąc się ze śmiechu.
– Tak, Jaga z Herminką poradzą sobie na pewno.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *