Odcinek 4 (29) – O Barnabarze, dwóch wilkach i chili (część 1)

W tak wielu bajkach bohaterowie przemierzają las. Jedni w nim pobłądzili, drudzy przedzierają się przez niego, szukając jakiegoś zamku lub królestwa, jeszcze inni wracają przez knieje po pokonaniu złych mocy albo po prostu szukają skarbu lub idą do kogoś w odwiedziny i akurat droga wiedzie przez las. Przydałby się w takiej drodze chociaż mały, ale ciepły posiłek. Z tym barem pośrodku lasu to był pomysł Riciuli Spryciuli. Świetny – przyznacie.

Budowle z moich klocków, jak wiecie, zawsze stają się prawdziwe, gdy położę ostatni fragment. Tym razem ostatnim klockiem był ten na szczycie komina, z którego wnet zaczął wydobywać się dym. Las wokół naszego baru urósł dość wysoki. Wkrótce rozszedł się po nim zapach pomidorówki. Bardzo szybko zorientowałyśmy się, że ścieżka wiodąca do naszych drzwi znajduje się na popularnym szlaku baśniowych postaci. Nie, wcale mi się to nie przyśniło. Zaraz uwierzycie. Wystarczy, gdy opowiem, kto zajrzał tego dnia w nasze skromne progi.

Bar nazwałyśmy „Barnabar”. Brat Riciuli Spryciuli (jeden z pięciu, przypominam), ma na imię Barnaba. Stwierdziła, że wystarczy dodać tylko jedną literkę i nazwa baru będzie idealna.
Pierwszą klientką była dziewczynka w naszym wieku. Wchodząc zdjęła z głowy czerwony kapturek, postawiła koszyczek przy jednym ze stolików i podeszła do lady złożyć zamówienie.

– Dzień dobry – powiedziałam. – Co podać? Polecam zupę dnia.
– A jaka to?
– Pomidorowa oczywiście. Według mnie żadna inna zupa nie powinna być zupą dnia – pozwoliłam sobie wyrazić własną opinię.
– Pełna zgoda! – odparła dziewczynka z czerwonym kapturkiem – Poproszę jedną porcję na miejscu i jedną na wynos. Zaniosę babci, bo właśnie do niej idę w odwiedziny. Mam w koszyku słoik na jagody, ale zaraz go podam to nalejecie do niego zupy, dobrze? Babcia i tak zawsze podejrzewa, że na jagody nasikał lis złośliwiec, który chce nas w tym lesie wszystkich pozarażać jakąś tasiemką czy tasiemcem z jakimś bąblem czy bąblowcem. Nie pamiętam. Zapytam babci i w drodze powrotnej wam powiem. W każdym razie lepiej nie serwujcie tu deserów ze świeżymi jagodami. Jeśli już chce się jeść leśne jagody to przesmażone na powidła. Tak radzi babcia. A ile trzeba czekać na zupkę?
– Skoro Barnabar powstał w jedną chwilę, zupę zrobimy zapewne w chwileczkę – odparłam kłaniając się jak umiałam najładniej.

Nie pomyliłam się. Klocki, które z Riciulą ustawiałyśmy na zapleczu, zamieniły się w kosze warzyw, kasz i makaronów a sama pomidorowa była gotowa niemal od razu – jak to w moich opowieściach bywa.
Gdy podawałam zupę do stolika, zapytałam się dziewczynki z czerwonym kapturkiem, czy nie boi się, że spotka wilka. Powiedziała, że nie, że przeszła kurs samoobrony i że jak ją ktoś podejrzany zaczepi to potrafi głośno wrzeszczeć i piszczeć. To bardzo ważna umiejętność – nie śmiejcie się. Nawet chciałam poprosić, by zaprezentowała swój podstawowy wrzask lub pisk, ale akurat wszedł drugi klient, którym okazał się… wilk.

– „O wilku mowa” chciałoby się powiedzieć – mruknęłam do Riciuli porozumiewawczo. Riciula uśmiechnęła się do klienta, który stanął przy ladzie węsząc, jakby wpadł na jakiś trop.
– Słucham pana, co podać?
– Sarnie żeberka są? – zapytał chrapliwym głosem.
– Chyba pan żartuje! – odparłam.
– Uwierz, dziewczynko, gdybym żartował, to byś się śmiała. Sarnich żeberek może nie macie, ale inne – jak widzę są – uśmiechnął się złośliwie.
– „W Barnabarze są warzywa na parze” – jak głosi jedno z naszych haseł reklamowych. Panu mogę zaproponować coś na ostro. Pomidorowa z chili – powiedziałam mu prosto w oczy, udając, że nie wiem o co mu chodzi.
– Bardzo proszę – odparł jakby nic go nie obchodziło.
– A dokąd pan zmierza? Czy nie ma pan jakiś niecnych zamiarów? – zapytałam jak detektyw, a przynajmniej tak mi się wydawało.
Byłam pewna, że to wilk, który będzie chciał pożreć Czerwonego Kapturka, a wcześniej jego babcię, ale klient odparł:
– Jaka tu ciekawska obsługa! No wiecie co… Chciałem trzem świnkom pomóc budować domki w okolicy. Muszę nabrać sił, więc po zupie poproszę jakiś deser. Szarlotkę najlepiej.
– Ach! Więc to wilk z bajki o Trzech Świnkach – szepnęła mi do ucha Riciula Spryciula.
– Wiesz, co masz robić – powiedziałam do niej wymownie.

Riciula Spryciula dała znak oczami, że zaraz ZAJMIE SIĘ tym zamówieniem. Kątem oka widziałam jak na zapleczu porządnie przyprawia jego pomidorówkę całym słoiczkiem chili. Nie tak łatwo będzie mu uprzykrzać życie świnkom. „Tylko żeby nam całej rzeki nie wypił, zanim pęknie” – pomyślałam troszkę chichocząc. Naprawdę tylko troszkę.

Nie zdążył wilczur odejść od lady, gdy do baru wszedł kolejny.
– Dzieńdoberek! – zawołał od progu puszczając oczko do Czerwonego Kapturka.
O, to pewnie ten wilczur, o którym myślałam wcześniej. Podszedł do lady i przywitał się z kolegą.
– Co zamówiłeś?
– Pomidorówkę na ostro. Ładnie pachnie.
– „Ładnie pachnie” to komplement dla gospodyni, której dania smakowo są kompletną klapą – zacytował babcię Czerwony Kapturek, kręcąc wymownie głową. – Co za wilki niewychowane – dodała znad talerza.
– Ha, ha, ha. Dobre, dobre. Ale powiem ci, kolego, że tu chyba naprawdę mają smaczne zupy. Patrz jak ta dziewczynka z czerwonym kapturkiem wcina – mówiąc to wilk oblizał się po pysku.
– Zauważyłem… Weź sobie jeszcze kolego deser to chwilę posiedzimy, pogadamy. Karty mam – możemy zagrać partyjkę.

I wilczury usiadły przy jednym ze stoliczków, które same się nakrywają, rozmawiając trochę za głośno. Miałyśmy z Riciulą nadzieję, że zaraz na jakieś ciacho przyjdzie Złotowłosa, albo siedmiu krasnoludków, ale niestety – do baru weszły dwie, obrzydliwe czarownice. Jedna miała w kieszeni jabłko, a druga dwa kosze pierniczków. Zapadła niezręczna cisza…

cdn.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *