Odcinek 24: Jak wybudowałam wieżę ponad chmury – część 1

To była deszczowa sobota. Padało od samego rana. Myślałam, że po śniadaniu się przejaśni, ale niestety – lało jeszcze bardziej. Widok za oknem mówił wyraźne, żeby nie wystawiać nosa za próg. Plac zabaw był mokrusieńki. W krzesełkach od huśtawek zebrała się woda, a na zjeżdżalni w najlepsze bawiły się tylko krople deszczu.

– Chyba jakaś chmura ma awarię, bo woda leci jak z dziurawej rury – zażartowała mama do taty, gdy wróciła ze sklepu. Wyglądała, jakby kąpała się w ubraniu.
„Dziurawa chmura, hmm… nie mogę sprawić, żeby przestało padać – pomyślałam – ale mogę za to wybudować wieżę ponad te dziurawe chmury!”
– Taaak! – krzyknęłam z radości tak głośno, że aż mama w kuchni usłyszała.
– Ale co „tak”, przecież o nic cię nie pytaliśmy, Goszajko?
– Będę się dziś bawić nad chmurami, wiesz!? – z taką oto nowiną wpadłam do kuchni.
– No to… powodzenia… – odrzekła mama z uśmiechem. Nawet nie próbowała ukryć, że puszcza przy tym oko do taty.
– Powodzenia? A to nie idziesz ze mną? Tutaj przecież pada, jesteś mokra, a u mnie będziesz miała cieplutko i sucho i do tego załatwię ci mamo fotel bujany na tarasie widokowym. Chodź, chodź, mówię ci, będzie super – skakałam wokół mamy, ciesząc się, że wreszcie zobaczy jakie mam cudowne klocki. Ale mama odrzekła, że może potem zajrzy, bo musi zacząć robić obiad, a tata idzie sprzątać piwnicę. Chyba oklapły mi uszy, bo mama wzięła moją buzię w obie dłonie (bardzo to lubię), zrobiła mi z ust rybę i powiedziała: „Nie bądź smutna rybeńko, na pewno zajrzymy”.
– „Rybeńka” was uratowała, ale trzymam cię za słowo – rzuciłam przez ramię biegnąc co sił w nogach do pokoju, bo – rozumiecie – nie mogłam się już doczekać kolejnej przygody.

Cały plan miałam już w głowie. Fundament musiał być mocny, bo wieża będzie przecież wyższa niż najwyższe drzewo w naszym parku. Tata mówił, że mocne fundamenty to warunek udanej konstrukcji. Ja mu wierzę. Tylko on z całej naszej rodziny potrafi wybudować sześć pięter z kart. Ja jednak nie mogłam kopać fundamentów, bo musiałabym zrobić dziurę w podłodze, a jakbym ją zrobiła to wpadłabym prosto do garnka naszej sąsiadki na dole. Tak, tak – prosto do garnka, bo ta pani przeniosła sobie kuchnię pod mój pokój. Miałam nawet taki zły sen, że ona jest Babą Jagą i tylko czeka, żeby mnie ugotować. Wolę zatem nie ryzykować z tym podkopem. Zamiast niego, na samym dole wieży ustawiłam największe i najcięższe klocki ze wszystkich, jakie miałam, a potem wszystko poszło jak z płatka. Po paru chwilach wieża była tak wysoka, że sięgała do żyrandola. Nawet dobrze się stało, że budowałam tuż pod żyrandolem. „W wieży będzie jaśniej” – powiedziałam pod nosem. Żeby jednak dostawić ostatnie klocki, musiałam wspiąć się na palce stojąc na biurku. Akrobacja jak w cyrku.
Nagle… gdy dostawiłam ostatni klocek wieża pogrubiła się, a potem wzbiła w górę, robiąc wielką dziurę w suficie (jak dobrze, że mieszkamy na ostatnim piętrze). Pięła się i pięła wysoko, a ja ciągle stałam na moim biurku i zadzierałam głowę. Po kilku chwilach czubek wieży wbił się w chmury jak strzała i zniknął mi z oczu. Przede mną natomiast ze zgrzytem otworzyła się brama. Zobaczyłam kręte schody. Niestety nie były ruchome, więc zaczęłam po nich człapać. Oczywiście dość szybko rozbolały mnie nogi. Zaczęłam żałować, że nie przewidziałam w tej wieży windy. „Moje biedne nóżki” – szepnęłam. Echo zdążyło potwierdzić moją skargę tylko dwa razy. A było to tak: „biedne nóżki, biedne nóżki… dzyń”. Stanęłam zdziwiona. Nie mówiłam przecież żadnego „dzyń”. Dlaczego więc echo powiedziało coś innego niż ja? Nim zdążyłam wziąć kolejny głęboki oddech, usłyszałam drugie „dzyń” i zjechała po mnie szklana winda. „W zaczarowanych klockach, nawet echo rozumie co mówię” – uśmiechnęłam się na tą myśl. Dobrze jest wiedzieć, że jest ktoś przy mnie, kto mnie rozumie, szczególnie w ciemnym długim korytarzu. Wsiadłam więc do windy, a ona wystrzeliła do góry tak szybko, że aż zatkało mi na chwilę uszy. Patrzyłam w dół na oddalającą się ziemię, mój pokój i podwórko i… wcale się nie bałam, ale gdy spojrzałam w górę i zobaczyłam, że zbliżam się do tych deszczowych chmur, przestało mi być do śmiechu. Chmury były straszne. Ciemno-niebieskie, szaro-fioletowe i takie trochę jak woda w błotnej kałuży. Kłębiły się. Z bliska wyglądało to tak, jakby wierciło się przeogromne smoczysko, które lada chwila się przebudzi i, co jak co, ale w dobrym humorze to na pewno nie będzie. Winda zupełnie się tym jednak nie przejmowała i sunęła w górę z zawrotną prędkością. Zrobiło mi się nawet trochę niedobrze, ale już po chwili, gdy musnęły ją pierwsze promienie słońca, winda zaczęła zwalniać, by w końcu wyskoczyć nad chmurami, jak bańka mydlana. Zatańczyła jeszcze chwilkę na wietrze i osiadła miękko, jakby ktoś powoli zwijał żyłkę, do której była przywiązana. „Dzyń”. Szklane drzwi rozsunęły się bezgłośnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *