Odcinek 16: Jak zbudowałam domek dla lalek i piłam niewidzialną herbatę

Zawsze chciałam mieć domek dla lalek, ale to dosyć droga zabawka i zawsze w domu było coś ważniejszego do kupienia. Ale jeśli ma się zaczarowane drewniane klocki to można nie tylko zbudować taki domek, ale nawet osobiście wpaść w gości do jego mieszkanek.

Mam takie cztery małe laleczki, które mieszkają w wiklinowym koszyczku na parapecie, ale patrząc na ich buzie i wytworne sukienki, bardziej by się odnalazły w eleganckim domu. Domu w starym, angielskim stylu. Oglądałam takie w gazecie mamy.
Zbudowałam go jak potrafiłam. Moja konstrukcja na początku przypominała niestety budę dla psa sąsiada, ale na szczęście zaczarowane klocki same udoskonaliły mój projekt. Powstał piękny dwupiętrowy dom wyłożony kwiecistymi tapetami i dywanami. Kwieciste były też fotele i sofa w salonie oraz obrus na stoliczku, przy którym cztery damy właśnie zasiadały do popołudniowej herbaty. Jedna z nich wprowadziła mnie do salonu, po tym jak zadzwoniłam do drzwi i nieśmiało się przedstawiłam. Czułam się tak samo nieswojo, jak w dniu, w którym wbiegłam do pokoju taty, u którego byli sami panowie w garniturach i o czymś mądrze rozmawiali. Okazało się jednak, że panie przy stoliku mają o mnie inne zdanie niż panowie w garniturach.

– Moje drogie, pani architekt chciałaby z nami wypić herbatę – powiedziała lady Winifred wprowadzając mnie do salonu.
Uśmiechnęłam się. Eleanor, Dorthy i Elisabeth skinęły mi na powitanie głowami, robiąc wyszminkowane usta w ciup. Szczerze mówiąc to prawie zachichotałam. Wiedziałam przecież, że to tylko lalki, ale teraz zachowywały się tak poważnie i dostojnie. Usiadłam przy stoliczku. Dostawiono dla mnie dodatkową filiżankę w poziomki na zielonym spodeczku.
– Herbatki? – zapytała retorycznie lady Winifred, od razu przechylając dzbanek nad moją filiżanką. Nic z dzbanka nie leciało. – Świeżo parzona, nasza ulubiona – mówiła nalewając niewidzialną herbatę pozostałym. Biorąc przykład z pozostałych dam, wzięłam do ust pustą filiżankę.
– Smakuje? Może odrobinkę mleka czy cukru? – spytała wskazując pustą, srebrną cukiernicę.
– Nie, dziękuję. Ale może kawałeczek tego smakowitego ciasta bym zjadła – odparłam patrząc na pustą paterę malowaną w kwiaty.
– Bardzo proszę. To placek z rodzynkami z London Bakery. Nie znajdziesz lepszego w całym mieście – Winifred chyba jako jedyna z całego towarzystwa miała się tego dnia odzywać. Reszta elegancko piła niewidzialną herbatę, unosząc małe paluszki nad uchami filiżanek. Przyznam, że niezbyt dobrze czułam się w tej atmosferze. Chciałam im opowiedzieć o tym jak tu trafiłam i że moja mama robi równie pyszny placek, z którego ja wydłubuję rodzynki, bo ich nie lubię. Tu też bym powydłubywała, ale jak znaleźć niewidzialne rodzynki w niewidzialnym cieście? Udałam, że połykam ciasto z apetytem, dopiłam resztkę z pustej filiżanki i powiedziałam, że było mi bardzo miło i że już niestety muszę się zbierać. Eleanor, Dorthy i Elisabeth znowu zrobiły buzie w ciup i skinęły lekko głowami w moją stronę, a Winifred odprowadziła mnie do drzwi. Drzwi ciut za mocno się zatrzasnęły aż cały dom na moich oczach zachybotał a po chwili… stałam nad rozsypanymi klockami. Między nimi leżały cztery poważne damy. Odłożyłam je do wiklinowego koszyczka, obiecując, że następnym razem zbuduję im mniej poważny dom i poproszę ciocię, żeby uszyła im krótkie spodenki i t-shirty. Miałam wrażenie, że na słowo t-shirt Winifred zrobiła wielkie oczy i krzyknęła: „skandal, moje panie, dama w t-shircie, skandal, wyjeżdżam najbliższą dorożką”. A może to tylko kolejny psikus mojej wyobraźni. Jednak wychodząc z pokoiku, na wszelki wypadek ukłoniłam się elegancko w progu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *