Odcinek 15: Jak zbudowałam igloo i poznałam Kajo

Mówią, że w marcu jak w garncu. W mojej głowie jest tak non stop. Pamiętacie jak zimą budowałam zielony las? Teraz, gdy wiosna puka do okien, mi zamarzyła się wyprawa na północ. I dlatego zbudowałam igloo.

Niektóre z moich zaczarowanych klocków muszą być naprawdę stare. Ciekawe kto się nimi bawił. Część obdarta z farby, część wyblakła a niektóre się nawet wybieliły. To właśnie tych ostatnich użyłam do budowy igloo. Pomyślałam nawet o tym, by się ubrać odpowiednio do okazji – jak to elegancko mówi moja mama. Wyjęłam z szafy zimową kurtkę (którą mama już schowała na przyszły rok), grubą czapkę, szalik i rękawiczki. Gdy zabrałam się do budowy, okazało się, że skonstruować kształtne igloo z klocków to nie jest bułka z masłem, ani nawet z dżemem. Najtrudniej było zrobić zgrabną kopułę. Po kilku nieudanych próbach (nie powiem ile razy klocki spadły mi na głowę), budowlę uwieńczyłam białą salaterką – największą jaką znalazłam w kredensie. Szczerze mówiąc, rozpoczynając budowę, o igloo wiedziałam niewiele. Przede wszystkim że pisze się przez dwa „o” (to i tak dużo jak na mój wiek!) i jaki ma kształt. I jeszcze, że jest ze śniegu i że ma niskie półokrągłe wejście. A że w dachu może mieć okno z foczego pęcherza? O tym dowiedziałam się później. Przez tą miskę nie byłam pewna czy wszystko zadziała i igloo z moich zaczarowanych klocków stanie się prawdziwe. Na szczęście wszystko poszło zgodnie z planem. Gdy salaterka wylądowała na górze, już po chwili w moim pokoju zrobiło się bardzo zimno a nawet zerwała się śnieżna zawieja. Zasłoniłam twarz, a gdy odjęłam od niej ręce zobaczyłam, że siedzę na śniegu u wejścia do najprawdziwszego igloo! Przez moment myślałam, że moje klocki razem z wiatrem potrafią pięknie gwizdać, ale okazało się, że gwizdał ktoś inny. Z igloo wyszedł chłopiec i to on gwizdał jak słowik, chociaż to chyba nie jest dobre porównanie, bo słowika zapewne nigdy nie spotkał. Popatrzył na mnie skośnymi oczami i zapytał mnie coś w dziwnym języku. Nie zrozumiałam, więc pokazał mi na migi, żebym lepiej weszła do środka, bo zawieja robi się coraz większa. Jakież było moje zdziwienie, gdy w igloo poczułam ciepło i… ciszę. Bez lodowatego wiatru była taka przyjemna!
– Kajo – powiedział chłopiec pokazując na siebie.
– Goszajka – odpowiedziałam z lekkim ukłonem.
Kiedy ludzie przedstawiają się sobie nawzajem, zdradzając swoje imiona, jest to zawsze bardzo ważny moment. Mój Tata czytał ostatnio książkę, w której imiona bohaterów były ich największą tajemnicą i wyjawiali je tylko niektórym. Pozostałym przedstawiali się przezwiskami. Ten moment, kiedy chłopiec wypowiedział swoje imię „Kajo” a ja „Goszajka” było w istocie magiczne. Po wypowiedzeniu swojego imienia od razu zaczęłam rozumieć jego język i po prostu nim mówić!
– Mieszkasz tu? – zapytałam.
– Nie – zaśmiał się Kajo – Mieszkanie w igloo to bardzo dawne czasy. Może jeszcze nieraz gdzieś jakiś myśliwy buduje sobie igloo, żeby się schować przed burzą śnieżną, ale to tutaj zbudowałem sobie z tatą dla zabawy.
– Rozumiem. Ja latem z tatą buduję szałas, w którym czasem nawet śpię z rodzicami w wakacje, gdy są upalne noce.
Kajo chyba chciał coś powiedzieć, ale tylko stał z otwartą buzią i otwartymi szeroko oczami. Pomachałam mu przed twarzą ręką, bo myślałam, że zasnął, po chwili jednak coś z siebie wykrztusił – Upalne noce?
– Tak, ale nad ranem czasem marznę i muszę się opatulić w dwa śpiwory – odparłam całkiem szczerze, ale Kajo jeszcze szerzej otworzył swoje skośne oczy. – Co znowu powiedziałam?
– U nas jak jest 15 stopni to wszystkie dzieci biegają w samych majtkach i krzyczą, że upał. No dobrze. Skończmy, bo mi się robi gorąco na samą myśl. A w igloo już kiedyś byłaś?
– Nie… Dlatego, gdybyś mógł mi coś o nim opowiedzieć, byłabym ci niezmiernie wdzięczna. Najbardziej jestem ciekawa jak to możliwe, że choć w środku jest tak ciepło to ono się nie topi.
– A to akurat proste. Większość igloo konstruowano z kamieni i skór. Te z bloków lodowych budowały tylko niektóre ludy. W języku inuickim, w którym – nie wiem czy zauważyłaś – właśnie rozmawiamy, igloo to po prostu dom. Moje prawdziwe igloo jest dziś murowanym domem. Pewnie podobnym do Twojego. Do budowy lodowego igloo potrzebny jest jednolity śnieg. To znaczy taki, który nagromadził się w czasie tej samej zawiei. Trzeba zrobić solidny fundament na płaskiej powierzchni i bardzo długim nożem powycinać duże śnieżne klocki.
– O, na klockach to się akurat znam – wtrąciłam.
– Robi się z nich krąg – kontynuował Kajo z bardzo mądrą miną. – Na kręgach ustawia się coraz mniejsze kręgi i tak aż do samej góry aż utworzy się kopuła. Szpary zakleja się śniegiem. Okna to przeźroczyste bloki lodu. Ściany wykłada się skórami, które dodatkowo chronią przed zimnem, ale głównym źródłem ciepła w igloo była lampa na tłuszcz fok lub wielorybów… Ta sama lampa służyła też do grzania potraw…
Dopiero, gdy skończył swój skomplikowany wykład, spojrzał na moje przerażone oczy. W końcu foczki i wieloryby to jedne z moich ulubionych zwierząt. Chyba jednak go to nie poruszyło, bo kontynuował dalej.
– A teraz odpowiedź na Twoje pytanie – czemu igloo się nie topi. Wszystko wyjaśnił mi tata. Na początku sufit delikatnie się topi, ale wodę zasysają pory w naszych śnieżnych klockach a tam ona zamarza. Stopniowo więc cała ściana staje się coraz twardszym i mocniejszym lodem, a w środku robi się coraz cieplej.
– Jak ciepło może być przy foczej lampie, biorąc pod uwagę, że na zewnątrz jest około -40 stopni?
– Nawet 18 i wtedy właśnie biegamy w majteczkach, choć zdarza się to nawet, gdy jest zero stopni. Podobno to zdrowe.
– A to okno nad nami to też lód?
– Tak, zrobiliśmy je z tatą z lodu, choć dawniej ludzie robili je często z foczego pęcherza…
– O nie! Już o tym nie mówmy, bo się popłaczę! Fajnie jest być Eskimosem?
– Oj… Może nie wiesz, ale ta nazwa jest raczej… obraźliwa. Sama słyszysz rozumiejąc teraz mój język. „Zjadacze surowego mięsa” nie brzmi zbyt miło. Wolimy być nazywani Innuitami. A teraz pokażę ci super grę, w którą gram z tatą, gdy na dworze jest taka zawieja, że nie da się wystawić nosa.
I już Kajo sięgał do lodowej półki po kolorowe pudełko, gdy nagle usłyszałam głośny brzdęk. Miska z mojego igloo zsunęła się na podłogę i zbiła. Mama wpadła do mojego pokoju i nie powiedziała ani słowa. Po prostu poszła po zmiotkę i odkurzacz, a ja miałam się nie ruszać… Jedno jest pewne. Prawdziwe igloo tak łatwo się nie psuje!

  1 comment for “Odcinek 15: Jak zbudowałam igloo i poznałam Kajo

  1. Kaj 4.5 roku z mamą
    20 marca 2017 at 19:15

    Kajo❤

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *