Odcinek 13: Jak przede mną wyrósł fortepian i zagrałam koncert w filharmonii

Mój tata ma ciekawe pomysły. Prawie tak dobre jak moje. Ostatnio podpowiedział mi jak szukać natchnienia do budowania z klocków. Przyniósł mi do pokoju stary gramofon z głośnikiem i czarną winylową płytę. Niczym zawodowy magik udawał, że czaruje muzykę. Położył płytę na gramofonie i czekał na oklaski. Uniósł palec wskazujący do góry, a następnie powoli zbliżył go do przycisku „start”. Gdy płyta zaczęła się kręcić, tym samym palcem delikatnie przesunął dźwignię aż igła dotknęła płyty. Po chwili płyta zaczęła grać. Takiej magii to jeszcze nie widziałam.

„To koncert fortepianowy e-moll Chopina” – wyszeptał przymykając oczy, a gdy orkiestra zaczęła już grać na dobre wyszedł cichaczem z pokoju. Jakoś nie mogłam usłyszeć fortepianu, a dobrze znam ten dźwięk, bo nasza sąsiadka ćwiczy czasem na pianinie. „Skoro brakuje fortepianu to sobie go zbuduję” – wpadłam na pomysł. Pamiętacie moją ostatnią budowlę z czarno-białych klocków? Tak, to była szachownica i całkiem niezła przygoda, jak na tylko dwa kolory. Jeśli więc dziś znowu do mojej budowli użyję tylko czarnych i białych klocków, mogę chyba liczyć na coś ciekawego? Zaczęłam układać klawiaturę. Po zbudowaniu trzeciej oktawy z pomrukiem wyrósł przede mną wielki fortepian. Piękny, czarny i lśniący niczym futro szczególnie eleganckiego kreta.

Zauważyłam, że siedzę na krzesełku i wyglądam nadzwyczaj poważnie. Miałam na sobie czarną sukienkę i biały szal wokół szyi, którego oba końce spływały mi po plecach. Wprawdzie trochę przypominał moje nowe rajstopy, ale nie przeszkadzało mi to nic a nic. Rozejrzałam się. Byłam na ogromnej scenie. Po jednej mojej stronie miałam orkiestrę i poczochranego dyrygenta, a po drugiej ogromną widownię na sali koncertowej niezwykle pięknej filharmonii. Balkonów miała chyba więcej niż blok, w którym mieszkają dziadkowie. Nie zauważyłam czy na tych balkonach ktoś rozwiesił pranie, bo oślepiały mnie światła. Przez chwilę marzyłam nawet o okularach przeciwsłonecznych.

Najbliżej mnie grały instrumenty smyczkowe. Skrzypce, wiolonczele i kontrabasy. Tata mi kiedyś tłumaczył, że skrzypce w orkiestrze dzieli się na głosy. Są pierwsze skrzypce, drugie i trzecie. A najważniejszy jest pierwszy skrzypek z pierwszych skrzypiec. Szybko się jednak zorientowałam, że największą gwiazdą na scenie nie jest ani on, ani dyrygent, tylko ja – Goszajka, wielka (dzięki krzesełku) pianistka. Skrzypce grały spokojnie. Po chwili odpowiedziały im instrumenty dęte, a później jakby wszyscy się pokłócili, grali bardzo głośno, a poczochrany pan we fraku skakał jak na trampolinie i machał batutą. Potem kazał się instrumentom wyciszyć i delikatnie obrócił się w moją stronę. Jego batuta rozbłysła niczym magiczna różdżka, a na moje ręce posypał się z niej srebrny pył i… zaczęłam grać.

Miałam wrażenie, że spod moich palców wysypują się perły i turlają to w jedną to w drugą stronę, skrząc się w świetle padającym na scenę. Ta muzyka sprawiała, że trzepotało serce, że pragnęło się i grać i słuchać bez końca. Perliste dźwięki zaczarowały całą salę – orkiestrę, widownię i dyrygenta, który na pewno miał bardzo przejętą twarz (nie mogłam tego zobaczyć, bo jego czupryna całkiem ją zasłaniała).

To był całkiem długi utwór, a gdy się skończył widownia wstała i oklaskom nie było końca. Kłaniałam się trzy razy, a ludzie bili brawa coraz głośniej. Skrzypkowie i wiolonczeliści stukali smyczkami w pulpity. Zrobił się od tego wiatr i mój biały szal fruwał ponad moją głową, jakby tańczył lub wiwatował razem z publicznością. Dyrygent uściskał moją dłoń oraz dłoń pierwszego skrzypka. Lecz już po chwili, gdy jeden z końców mojego szala pacnął dyrygenta w nos, sala koncertowa, widownia i orkiestra – wszystko to zaczęło znikać w równie nagły i niezwykły sposób, jak się pojawiło, a ja leżałam przed moją klawiaturową układanką. Szum igły na kręcącym się jeszcze gramofonie przypominał echo filharmonii. I wtedy wpadłam na wspaniały pomysł. Kto powiedział, że klawisze fortepianu muszą być czarno-białe? Pozamieniałam klocki i tak powstała najbarwniejsza klawiatura na świecie. Feeria barw. Tata usłyszał, że koncert się skończył i zajrzał do pokoju. „Układasz klocki? Nic nie zbudowałaś?” – zdziwił się nie dostrzegając, że stoi nad moją cudowną, ciut jeszcze wyszczerbioną, klawiaturą. Nawet sobie wyobraziłam jak gra stopami. Kolorowy fortepian śnił mi się potem całą noc – ciekawe czy przez sen się kłaniałam. Chyba tak, bo rano bolały mnie plecy. Śnił mi się też poczochrany dyrygent. Fajnie być artystą. Nie trzeba się czesać. Chodzić do fryzjera chyba też nie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *