Odcinek 12: Jak utkałam dywan i poleciałam na Saharę

Pewnego dnia siedziałam w swoim pokoju wśród rozsypanych klocków i jakoś nie miałam pomysłu co wybudować. Zaczęłam więc je układać jeden obok drugiego. Kolorami. Pasek zielonych, pasek niebieskich i tak na zmianę. W ten sposób powstał pasiasty prostokąt, który zajął połowę podłogi w moim pokoju. Usiadłam na nim a klocki w jednej chwili zamieniły się w miękki, grubo pleciony dywan, który… uniósł mnie w powietrze.

Ponieważ nie miał silników odrzutowych, tylko był zwyczajnie zaczarowany, wyleciał przez okno bardzo cicho. Zdążyłam w locie chwycić bluzę, która wisiała na krześle i nic a nic się nie bojąc poszybowałam w górę. Wiatr co chwilę zrzucał mi z głowy kaptur, więc w końcu się poddałam i pozwoliłam wiatrowi poczochrać mnie tak jak lubię. Nie miałam pojęcia dokąd zabiera mnie dywan. Nie było też kogo zapytać. Wiedziałam tylko, że szykuje się kolejna, prawdziwie odlotowa przygoda. Gdy dywan uniósł się nad osiedle, zdałam się całkowicie na niego. Miałam nadzieję, że zaniesie mnie w naprawdę zaskakujące miejsce. Mknął z zawrotną prędkością, co mi się nawet bardzo podobało, ale gdy wylądowaliśmy stwierdziłam, że bardziej nudnego miejsca na ziemi to chyba nie ma. Jakże się myliłam! Ale po kolei. Podczas lądowania musiałam zamknąć oczy, bo co chwilę uderzały we mnie tumany czegoś sypkiego i kłującego. Lotniskiem okazał się po prostu piasek. Był tak żółty, że aż bolały mnie oczy. A upał był nieznośny. Nigdy nie byłam na pustyni, ale widok jaki roztaczał się wokół mnie, gdy już piasek (w końcu) opadł, nie pozostawiał wątpliwości. Dokładnie tak samo wyglądało zdjęcie pustyni w książce dziadka. Wszędzie piasek, piasek, góry i pagórki piasku. Oczywiście lubię piasek w piaskownicy lub na plaży, ale co za dużo to nie zdrowo. Nawet łopatki i wiaderka nie miałam, więc przestraszyłam się, że czeka mnie nuuuuda z dużą ilością „u”. Nagle dywan wybrzuszył się w jednym miejscu, a dziwny kształt pod nim zaczął się przesuwać. Po chwili zobaczyłam wielkie uszy, a następnie głowę jakiegoś zwierzaka. W końcu wyszedł cały. Był nieduży i bardzo sympatyczny. Miał jasnobrązowe futerko i trochę przypominał lisa. Widząc moją zdziwioną minę powiedział:

– Hej, jestem fenek, lis pustynny. Wylądowałaś mi na głowie – powiedział.
– Bardzo przepraszam – odparłam – Jestem Goszajka. Jeśli jesteś lisem pustynnym to ja naprawdę jestem na…
– Jesteś na Sahaaaaarze! – ziewnął – Przepraszam, ale ja w ciągu dnia zazwyczaj śpię. Jeśli pozwolisz, powrócę do tej czynności… Tam pod piaskiem śpi w najlepsze cała moja rodzinka, jeśli się nie obudzili przez ten hałas. Widzisz jakie mam duże uszy? Potrafię usłyszeć tupanie muchy po piasku!
– Chwileczkę! – zawołałam – Wprawdzie nie wiem co zamierza mój dywan, ale póki jestem w tym niezwykłym miejscu, czy… czy mógłbyś mi coś opowiedzieć o tym sucharze?
– Nie sucharze, tylko Saharze. Aleś wymyśliła! Teraz, w środku dnia mam ci coś opowiadać? Dam się uszczypnąć w ucho, że jest 55 stopni Celsjusza. Ale dobrze, powiem, co wiem. Podsłuchałem kiedyś podróżników, którzy mieli taki sam dziwny, jasny kolor skóry, jak ty. Sahara to północna część Afryki, która zajmuje 9 milionów kilometrów kwadratowych (nie pytaj mnie dlaczego kilometry są kwadratowe, bo nie wiem) pomiędzy Oceanem Atlantyckim na zachodzie i Morzem Czerwonym na wschodzie. Kawal ziemi, prawda? Ponoć znajduje się na niej 11 państw, co akurat mnie osobiście niewiele obchodzi. Jeśli jesteś tu pierwszy raz, to pewnie ci się zdaje, że tu nie ma nic poza piaskiem i piaszczystymi górami, które buduje wiatr. A jednak nie cała pustynia jest piaszczysta. Część jest pokryta żwirem i skałami. Tu niedaleko zaczynają się tereny kamieniste i trochę roślinności: suchorosty, słonorośla, trawy pustynne i takie cuda, jak róże jerychońskie! Żyje też tu trochę zwierząt: antylopy adaks, owce aoudad, dromadery, osły afrykańskie, gazele dorkas, koziorożce nubijskie, warany pustynne (wbrew temu, co o nich mówią, potrafią być bardzo zabawne), biczogony egipskie, oryksy szablorogie… – zupełnie nie nadążałam za tym co mówi fenek. – Przyznaj koleżanko, że nie wiesz w ogóle o czym mówię. Są tu także skorpiony.
– O skorpionach coś słyszałam – wtrąciłam.
– Lepiej ich nie zaczepiaj. Jeśli chcesz coś wiedzieć o mnie, prócz tego, że jestem śliczny i mam duże uszy to zdradzę ci, że lubię jeść ptaki, jaszczurki i jaja.
– A ludzie?
– Ludzie? Nie wiem co lubią jeść ludzie.
– Nie o to pytam. Czy są tu jacyś ludzie? Oprócz mnie oczywiście.
– Są, ale mało. Ludziom trudno żyć na pustyni. Mieszkańcy Sahary to głównie nomadowie – pasterze, którzy nie mieszkają na stałe w jednym miejscu, ale przenoszą się co jakiś czas w poszukiwaniu żywności, pastwiska, wody, albo w związku z pogodą. A propos pogody, koleżanko – nie chciałbym cię straszyć, ale czuję w powietrzu burzę piaskową.

Spojrzałam za siebie. W oddali na horyzoncie zobaczyłam brązową, kłębiącą się ścianę, która szła w naszą stronę. Poderwał się niespokojny wiatr. Fenek pomachał mi puszystym ogonem i uciekł do swojej norki pod piachem, a ja liczyłam, że mój niezwykły dywan wyczuje niebezpieczeństwo i w porę się stąd oddali. Rzeczywiście. Jeszcze nie zdążyłam się na dobre wystraszyć, gdy dywan uniósł się w powietrze, wyżej, wyżej, ponad piaskową burzę, która przetaczała się teraz pode mną. Po chwili koziołkowałam w swoim pokoju i z impetem uderzyłam pupą w skrzynię z klockami. Słysząc ten hałas, do pokoju wbiegła mama i przypomniała mi, że już milion razy prosiła, żebym wytrzepywała piasek z kieszeni spodni zanim wrócę do domu z podwórka. Gdyby tylko wiedziała w jak wielkiej piaskownicy się dziś bawiłam…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *