Odcinek 10: Jak zbudowałam domek dla psa i spotkałam Ai

Kiedy pytam rodziców (a pytam codziennie) czy możemy mieć psa, mama zawsze odpowiada: „Goszajko, po prostu sobie tego nie wyobrażam”. Tata natomiast mówi: „Gdy będziesz miała swój dom, będziesz miała psa”. Coś tu jest nie tak. Mama sobie nie może wyobrazić, że mamy psa, a ja mam sobie wyobrazić, że mam „swój dom”, chociaż nie zamierzam się nigdzie wyprowadzać?! A poza tym marzy mi się nie jakiś tam pies, ale dokładnie taki, jaki widziałam w filmie, który oglądałam z tatą. Rasa akita japońska. Żaden inny nie wchodzi w grę.

 

Rodzice nie zgadzali się na psa w domu mimo moich super zachęcających plakatów, które przyczepiałam na lodówce. Pies, a wokół niego czerwone serca. Portret psa otoczony sercem. Pies z nosem w kształcie serca i w końcu akita japońska podpisana „Ai”, bo to po japońsku znaczy miłość. Niestety. Nie pomagały też moje obietnice, że będę z nim wychodzić, sprzątać po nim i kochać na zawsze. Obiecałam nawet, że za każdym razem, gdy będą mnie prosić o posprzątanie, będę się rodzicom kłaniać po japońsku i od razu brać do pracy. Nic to nie dało (choć przy ostatniej propozycji, tata wyraźnie się zawahał).

Poszłam do pokoju marzyć na osobności. Jeśli ma się drewniane klocki, domek dla psa można zbudować w minutę. „Buda to nie problem” – zaburczałam do siebie. Położyłam dwa łuki złączone nogami, które stworzyły otwór wejściowy. Dookoła dostawiłam proste klocki a na górze, jako dach, dołożyłam trójkątne klocki. Musicie sobie to wyobrazić, albo jeszcze raz przeczytać, bo nie umiem rysować instrukcji. Gdy tylko położyłam ostatni kawałek daszku, budka urosła. Jednak zamiast otworu, przez który miałby wchodzić pies, zobaczyłam eleganckie, seledynowe drzwiczki ze złotą kołatką. Zaciekawiona chwyciłam kołatkę i zapukałam trzy razy. Za drzwiami usłyszałam pospieszną krzątaninę, potem zgrzyt zamka i w końcu drzwiczki otworzyły się. Stał w nich, o dziwo na dwóch nogach, pies. Na pewno był rasy akita japońska tak samo jak ja na pewno jestem rasy lekko piegowatej.

– Dzień dobry – zaczęłam niepewnie. Bo po pierwsze nie umiem za dobrze szczekać, po drugie nie byłam pewna czy pies, który stoi na nogach jak człowiek, potrafi też mówić ludzkim głosem, a po trzecie – jeśli mówi to może po japońsku i mnie nie zrozumie.
– Dzień dobry – odpowiedział miłym, choć psim, warkotliwym głosem.
– Jestem Goszajka i chyba przyszłam w odwiedziny.
– Chyba? – zdziwił się pies. – Nazywam się Ai i NA PEWNO czekam na Ciebie od rana. Zaparzyłem już herbatkę jaśminową i przygotowałem kilka planszówek do wyboru.
Otworzył drzwi na oścież. Jego dom był cudownie przytulny.
– Rozgość się, siadaj przy stoliku. Może czegoś posłuchamy? – zaproponował Ai, podchodząc do starego gramofonu ze złotą tubą.
– A znasz „Piosenkę o małej dziewczynce?” – zapytałam siadając wygodnie w pasiastym fotelu.
– No pewnie. To moja ulubiona.

Ai podał herbatę w ślicznych filiżankach w poziomki. Na początku piliśmy ją nucąc razem z gramofonem, a gdy igła dotarła do końca płyty rozmawialiśmy tak, jakbyśmy znali się od dawna. O naszych marzeniach, radościach i smutkach. Potem graliśmy w jego śmieszne planszówki. Najbardziej spodobała mi się gra w kości. Zupełnie inna niż ta piracka, której nauczył mnie Pan Królik. W grze Ai trzeba było przeskakiwać pionkami po narysowanych psich miskach i zdobywać karty, które leżały na stosie obok. Dopiero gdy zniknęły wszystkie karty ze stosu, odwracało się je i patrzyło, kto wśród kart zdobył więcej kości niż złośliwie uśmiechnięte koty. Tak więc do końca gry nie było wiadomo kto wygrywa. Zabawa wciągnęła mnie tak bardzo, że nie miałam ochoty stamtąd wychodzić. Jednak zamieszkująca ścienny zegar kukułka oznajmiła, że zbliża się obowiązkowa drzemka Ai. Na koniec, przelatując mi nad głową, dodała: „Goszajka, Goszajka, KuKu prawda, KuKu bajka”. Nie było rady. Wstałam od stołu i poczłapałam do wyjścia.

– Do widzenia, Ai – powiedziałam przy drzwiach, zarzuciłam mu ręce na szyję i ucałowałam aksamitny policzek.
– Pa, Goszajko. Będę czekał na kolejne odwiedziny.

Gdy wyszłam za próg, domek zmniejszył się do rozmiarów mojej małej budki z klocków. A ja, jeszcze przed obiadem zdążyłam narysować dla rodziców nowy plakat na lodówkę. Był na nim Ai w swoim salonie. Były dwa fotele w paski, stoliczek, filiżanki z poziomkami, imbryk z parującą herbatą jaśminową, rozłożona gra w kości i gramofon ze złotą tubą. I byłam ja – Goszajka. To, że niektóre marzenia się nie spełnią, nie oznacza, że nie są piękne.

  1 comment for “Odcinek 10: Jak zbudowałam domek dla psa i spotkałam Ai

  1. AS
    12 sierpnia 2017 at 20:08

    Kolejna piękna bajka, dziękujemy ❤

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *