Odcinek 9: Jak wybudowałam regały i obudziłam starą bibliotekę

Czasem układam klocki bez planu. Po jakimś czasie przyglądam się temu, co zbudowałam i zastanawiam się, co mi to przypomina. W pewien deszczowy ranek, zaraz po śniadaniu, właśnie tak się bawiłam. Stawiałam piętrowe wieżyczki jedna obok drugiej. Stwierdziłam z rozczarowaniem, że przypominają one najzwyklejsze regały i już miałam wszystko zburzyć, gdy moja ciut rachityczna budowla zamieniła się w prawdziwą, starą bibliotekę w pięknym starym domu…

Regały wyrosły przede mną pod sam sufit, który teraz znajdował się bardzo wysoko i niemal znikał w półmroku. Z wrażenia zachwiałam się i przewróciłam. Podniosłam się jednak szybko, otrzepałam z kurzu i zerknęłam na półkę przed sobą. „Najpiękniejsze baśnie” – przeczytałam tytuł mimo słabego światła. Brzeg książki wykonany był z materiału w kolorze kobaltu (wiem, bo mama ostatnio tłumaczyła tacie jaka jest różnica między niebieskim a kobaltowym i bardzo się przy tym śmiała), a w dodatku zdobiony złotą nitką. Sięgnęłam po książkę i otworzyłam mniej więcej po środku. Na lewej stronie wyrosła fontanna, do której – z rogów kartki – zaczęły zlatywać się wróble. Musiały być bardzo spragnione, bo piły tak, jak ja w letnie upały. Gdy odfrunęły, bez problemu zamknęłam książkę i sięgnęłam po kolejną. „Sto jeden baśni” – tytuł tworzyły piękne litery zdobione winoroślą, która owijała się i przeplatała przez samogłoski. Wiecie które to samogłoski? Wg mojej babci to o, e, a oraz i. Nie wiem czy istnieją samokropki, ale sądzę, że to bardzo możliwe.

Otworzyłam książkę na chybił trafił i moim oczom ukazała się twarz pięknej królewny, która również nie była zwykłą ilustracją. Twarz z przejęciem coś śpiewała, choć niestety nic nie było słychać. Tekst piosenki był zapisany pochylonymi, ozdobnymi literami na stronie obok. Gdy zaczęłam czytać, usłyszałam śpiew, a gdy dotknęłam ilustracji rozległa się piękna melodia: „Czekam Cię miły, tęsknię już wieki. Zaklęta w wieży, wołam w potrzebie. Niech moją piosnkę pochwycą ptaki i niech zaniosą prosto do ciebie.” Podniosłam dłoń do ust. Zapadła cisza. Trochę się przejęłam, ale zaraz sobie przypomniałam, że jak do tej pory chyba we wszystkich bajkach z uwięzionymi królewnami, wszystko ostatecznie dobrze się kończyło. Zamknęłam książkę, odstawiłam na miejsce (delikatnie, żeby nie przewrócić królewny) i ruszyłam między regałami przed siebie. Już po chwili musiałam skręcić, bo regały lekko się skłoniły (jak elegancki sługa) i wskazały mi kolejną alejkę. Doszłam do rozwidlenia ścieżek i nie wiedziałam, w którą stronę iść. Regał-sługa już się nie pojawił. Powiedziałam więc głośno moją ulubiona wyliczankę:

„Vis à vis
moich drzwi,
mały gwoździk
w ścianie tkwi.

À propos,
nie wiem kto,
jak i kiedy
wbijał go.”

Wypadło, że mam iść w prawo.

Ruszyłam domyślając się już, że chyba znalazłam się w bibliotecznym labiryncie. Czy będę wiedziała jak stąd wyjść? Przy kolejnym zakręcie moim oczom ukazała się naprawdę gruba księga. Swoją drogą, czy to wypada mówić o książce, że jest gruba? Mój dziadek np. nie lubi jak się go tak określa. No dobrze. Książka była taka, że łatwiej ją było przeskoczyć niż obejść. Nie spoglądając na tytuł, otworzyłam ją i, uwierzcie mi, zamarłam ze strachu. Z pożółkłej strony patrzyły na mnie złote oczy straszliwej jędzy, której usta wykrzywiły się w bezzębnym uśmiechu. Zmrużyła oczy, wyciągnęła w moją stronę kościstą dłoń z czarną różdżką i już chciała wypowiedzieć zaklęcie, gdy jednym ruchem zatrzasnęłam księgę, która spadła z hukiem na podłogę i zaczęłam biec przed siebie. Gdy się obejrzałam, krzyknęłam ze strachu, bo okropna czarownica ścigała mnie. Okazało się, że książka, którą w pośpiechu zrzuciłam na podłogę była otwarta. Biegnąc dalej zdałam sobie sprawę, że docieram do ślepego zaułka, skąd nie ma ucieczki. Wdrapać się na regał? To niebezpieczne. Rodzice mówili, żebym nigdy nie wspinała się na meble, bo mogą się przewrócić i mnie przygnieść. Nigdy to nigdy. Nawet gdy mnie goni straszna czarownica ze złotymi oczami i upiornym uśmiechem, gotowa rzucić na mnie czar. Dopadłam do regału, który zamykał korytarz. W oczy rzucił mi się jaskrawo żółty brzeg książki z napisem „Wyjmij mnie”. Sięgnęłam po książkę, a wtedy regał drgnął i wykonał obrót, jak wytrawny tancerz (może to był regał-sługa?). Znalazłam się po drugiej jego stronie jak za ścianą i czarownica nie mogła mnie już dopaść. Usłyszałam tylko jej skrzypliwy głos: „Dorwę cię Goszafka”. Goszafka? No nie! „Nazywam się GO-SZAJ-KA!” – krzyknęłam, bo bardzo nie lubię, jak ktoś przekręca moje imię. Zupełnie zapomniałam, że przed chwilą się bałam.

Gdy spojrzałam w głąb korytarzyka, w którym się teraz znalazłam, na jego końcu zobaczyłam światełko. Jakby za zakrętem paliła się świeczka. Ruszyłam z nadzieją, że to właściwa droga. Faktycznie, robiło się coraz jaśniej, ale nagle regały po mojej lewej i prawej stronie zaczęły się chybotać i przewracać. Książki stojące na nich zaczęły spadać na podłogę i przede wszystkim na moją biedną głowę. Niektóre lądując otwierały się, a z nich zaczęły wyfruwać łabędzie w koronach, wybiegać gnomy z ponurymi minami, wyjechało kilka złoconych karet i wytoczyła się jedna dynia z oknami, jakby sama jeszcze przed chwilą była karetą. Wybiegły konie dosiadane przez rycerzy i zrobiło się bardzo głośno. Z innych znowu książek po cichutku i dostojnie wyszły królewny. Pamiętam ich zdziwione miny, gdy zobaczyły słonia. Kiedy runął ostatni regał z jednej księgi wysunął się szary łeb, a za nim długa szyja. Był to smok, z którego nozdrzy już unosił się dym – wiedziałam co to oznacza, a gaśnicy, słowo daję, w pobliżu nie było na pewno. Krzyknęłam i wtedy do mojego pokoju wbiegł tata, a za nim wiły się kłęby dymu. Okulary aż mu się zsunęły z nosa, bo chyba biegł z kuchni.
– Czy wszystko w porządku, Goszajko?

Siedziałam wśród rozsypanych klocków, które jeszcze przed chwilą były regałami. Za moimi plecami leżało kilka otwartych książek. Uśmiechnęłam się szeroko, najsłodszym z moich uśmiechów i odparłam, że wszystko dobrze się skończyło. Tata uniósł jedną brew i powiedział, że mam natychmiast posprzątać i szybko przyjść na omleta (jednego przypalił), bo za pół godziny wychodzimy, a jak mama zobaczy co tu się dzieje to zemdleje w progu. „Zemdlałaby, gdyby zobaczyła smoka” – pomyślałam. Bałagan to przecież nic strasznego!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *