Odcinek 7: Noc w latarni morskiej i coś jakby cymbałki – część I

Już wiosną zaczęłam marzyć o wyjeździe nad morze. Im było cieplej, tym częściej rysowałam plany zamków ze słoną fosą i ogrodami z wodorostów. Aż tu pewnego dnia rodzice oznajmili mi skacząc z radości (zaznaczam, że to nie ja skakałam), że w tym roku mama dostała do-fi-nanso-cośtam za projekt, który zrobiła w pracy, więc będziemy mogli pojechać tam, gdzie byli podczas podróży poślubnej. Tańczyli z tej radości tak długo, że zaczęłam się zastanawiać kto w tej rodzinie jest dzieckiem. Gdy skończyli, pochylili się nade mną i uroczyście oznajmili: „Goszajko, w tym roku pojedziemy… w góry”. Zapadła głucha cisza, którą na szczęście przerwał telefon.

Stałam oparta o lodówkę, zastanawiając się czy już się rozpłakać czy może chwilę poczekać. Na łzy nie miałam jednak ochoty. Tak naprawdę fajnie było patrzeć jak rodzice tańczą ze szczęścia, a w górach jeszcze nie byłam, więc nadąsanie z powodu zmiany planów bardzo szybko ustąpiło miejsca ciekawości. Nie ukrywam, że dużą rolę w tej kwestii odegrał też tata. Oznajmił on wszem i wobec, że mam już całkiem silne nogi i na pewno będę dzielnie chodziła na górskie wycieczki. „Skoro tak, to będzie super” – pomyślałam. Kilka dni później wybraliśmy się na specjalne zakupy, z których przywieźliśmy nowe buty. Takie do chodzenia po górach. Przez długi czas zastanawiałam się, pukając przy tym w podeszwę, jak te buty będą mnie trzymać, żebym nie spadła w przepaść. To jakiś magnes, a może klej? Nawet pudełko po butach obiecywało wspaniałą przygodę. Zachowałam je zresztą na skarby, które przywiozę z wakacji. Gdy jednak zapadał wieczór, a za oknem cichło miasto, do moich uszu – raz mocniej, raz słabiej – zaczął dochodzić szum bujających się na wietrze topoli, przypominający o niespełnionym marzeniu. „Szkoda, że w tym roku nawet nie zobaczę morza” – mówiłam cicho do poduszki. „A może… jak wejdę na najwyższą górę, będzie stamtąd widać Bałtyk? A może nawet ocean. Kto wie, kto wie. Zapytam rano rodziców” – postanowiłam. Pierwszą ofiarą mojego pytania była mama:
– Czy jak wejdę w tych górach wysoko, wysoko, najwyżej jak się da (stanęłam nawet na palcach, żeby mama wiedziała, że mówię o poważnych wysokościach), to zobaczę jakiś żaglowiec, albo chociaż żaglówkę? – sprawa była dla mnie ważna, więc stałam wpatrzona w mamę, jak żeglarz w morską syrenę. Mama nie miała wprawdzie ogona, ale była najpiękniejszą istotą na ziemi i od dawna było wiadomo (a przynajmniej ja to wiem), że kiedyś była królową syren. Stałam więc, stałam, podczas gdy mama robiła sobie kawę i gaworzyła z tatą, który robił nam śniadanie.

– Halo, tu ziemia, czy ktoś mnie słyszy tam w górze? – zapytałam tonem, który zwykle rozśmieszał rodziców. Tym razem tak się zagadali, że moja wiadomość nie dotarła. Ja się jednak tak łatwo nie poddaję. – Czy spakowaliście mi strój kąpielowy?! – to pytanie podziałało.
– Kąpielowy? Chyba góralski – odparł tata, próbując przy tym posadzić kolejne jajko na patelni. – Wszystko spakowane, oprócz ciupagi – dodała mama i zakrztusiła się ze śmiechu kawą.
– Bardzo śmieszne – powiedziałam udając obrażoną. – Pytałam wyraźnie o strój kąpielowy, bo może akurat z najwyższej góry będzie widać jakieś morze, a jak będzie widać to spróbujemy do niego zjechać z górki na pazurki – ostatnie słowa wykrzyczałam, biegnąc dookoła stołu. Chciałam pokazać jak szybko byśmy do tego morza zjeżdżali i to bez trzymanki. Niestety, wyrok na moje marzenie zapadł szybko: przy odrobinie szczęścia, gdy powietrze będzie chłodne i nie będzie mgieł i chmur, wówczas na horyzoncie zobaczę… drugie pasmo gór.
Zrobiłam z ust podkówkę, ramiona opadły prawie do ziemi i tak poczłapałam do swojego pokoju.
– Przejdzie jej – usłyszałam za plecami głos mamy. – A pani obrażalska chce jedno czy dwa jajka na śniadanie?!

Pani obrażalska zawróciła na pięcie i raz, dwa, trzy znalazła się przy stole z podniesionymi dwoma paluszkami.

Minęło jeszcze kilka dni, które każdy z nas spędził na bardzo ważnych sprawach. Mama kończyła w komputerze kreślić jakieś skomplikowane labirynty i klocki, wyjaśniając mi, że jak źle coś narysuje to zawali się dach galerii handlowej, a tata próbował nam udowodnić, jaki z niego super mechanik. Dla mnie jest geniuszem. Potrafi np. jedną ręką spryskać szybę pianką o zapachu zielonego jabłuszka, włączyć wycieraczki, nastawić płytę, zmienić bieg i przybić mi piątkę. Wszystko jedną i tą samą ręką. Wyobrażacie to sobie? Geniusz to mało powiedziane… Myślę, że kiedyś występował w cyrku, tylko nie chce się przyznać. Mama zresztą często powtarza, że nasz dom to „istny cyrk”. W każdym razie wszyscy robiliśmy przed wyjazdem bardzo ważne rzeczy. Mama kończyła projekt, tata popołudniami udoskonalał samochód a ja zbudowałam latarnię morską z moich klocków. Nie było to jednak łatwe, bo co chwilę jakaś fala podmywała mi moje piękne fundamenty. Jaka fala? Kapciowa. Tak, tak, fala kapciowa. Wywoływała ją najczęściej mama, która pilnie potrzebowała dostać się do mojej szafki, żeby „za pamięci coś spakować”. Sztorm pakowania trwał i trwał. Minął dopiero ostatniego wieczoru przed wyjazdem. Moja budowla była prawie ukończona, ale nie miała najważniejszego – światła. Latarnia morska bez światła to jak morze bez wody, albo jak drugie śniadanie bez wafelka w czekoladzie. Rozwiązanie problemu przyszło samo:

– Goszajko, przygotuj na jutro lampkę, którą przyczepiliśmy ci do łóżka. Przyda się – powiedziała mama, nie przypuszczając nawet, że właśnie rozwiązała mój problem.
Jak tylko zamknęła drzwi, od razu rzuciłam się do kończenia budowli. Na słupku z biało-czerwonych klocków położyłam podłużne, drewniane deski, a na nich wybudowałam pomieszczenie dla latarnika, ze specjalnymi oknami, przez które miała migać moja lampka znad łóżka.
Gdy położyłam ostatni potrzebny klocek… w jednej chwili pokój latarnika zatańczył w kółko, otoczył mnie, objął i posadził na starym, drewnianym krześle. No nie powiem. Było całkiem przytulnie. Podeszłam do okna a właściwie do ściany, całej z grubego szkła. Widok zapierał dech w piersiach. Morze otaczało latarnię niemal ze wszystkich stron. Wąski cypel, na którym stała wchodził bowiem daleko w wodę. Po lewej stronie słońce, jak pomarańczowa bańka, unosiło się jeszcze na falach, lecz już po chwili rozpuściło się w wodzie zostawiając po sobie tylko wąską, pomarańczowo-żółto-granatową ścieżkę. Zapadał zmrok. Zaczęłam chodzić dookoła pokoju śledząc snop światła latarni, który w ciemności nocy słał pozdrowienia statkom.

Noc zrobiła się późna, więc położyłam się na łóżku i przykryłam granatowym kocem. Szum morza jest cudowną kołysanką. Jednak nie mogłam zasnąć. Pośród tego szumu i pogwizdywania wiatru słyszałam co chwilę: „Dzyń! Dzyń!”.

– Co to może być? Dzwonek do drzwi? Chyba nie… Kto by miał tu wpaść w gości? Chyba tylko ryby, albo foka – powiedziałam do siebie i parsknęłam ze śmiechu, wyobrażając sobie fokę w spodniach na szelkach i w kapeluszu. „Dzyń, dzyń! Dzyń, dzyń, dzyń.” Te dźwięki brzmiały tak, jakby ktoś z zamkniętymi oczami grał na cymbałkach. Wzięłam do ręki małą latarenkę i zaczęłam schodzić po schodach latarni, które były poskręcane jak ogon chińskiego smoka.

W końcu dotarłam do drzwi na dole i weszłam na zewnątrz. Morze nocą jest trochę straszne i tajemnicze. Idąc za dźwiękiem doszłam do kamieni, które niczym schody schodziły nieco w dół. Między nimi chlupotała woda. Dzwonienie nie ustawało. Podniosłam latarenkę trochę wyżej i wtedy to zobaczyłam. Butelka, chyba zielona (nie byłam pewna w ciemności). Sięgnęłam po nią. Łatwo nie było. Gdy się postawi obie stopy na niewielkim kamieniu, wcale nie jest prosto utrzymać równowagę. W końcu złapałam butelkę. Była cała otulona morską pianką i glonami. Przybliżyłam ją do latarenki. W środku znajdował się list przewiązany kapitańską wstążką.

Ciąg dalszy nastąpi

  2 comments for “Odcinek 7: Noc w latarni morskiej i coś jakby cymbałki – część I

  1. Witek
    17 czerwca 2018 at 19:39

    Bardzo nam podobają się opowieści Goszajki. Gratulujemy! Ciekawe czy można gdzieś kupić książkę o Goszajce. Pozdrawiam Witek z czwórką cudownych Brzdąców

    • Autorka
      17 czerwca 2018 at 21:01

      Bardzo bym chciała, żeby Goszajka ukazała się już poza siecią i mogła wpaść w ręce dzieci z pięknymi ilustracjami. Póki co Wydawca poszukiwany 🙂 Miło wiedzieć, że ma grono „słuchaczy” dzięki zapewne świetnemu lektorowi 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *