Odcinek 6: Jak zbudowałam batyskaf i spotkałam płetwala

Czy z drewnianych klocków można zbudować statek podwodny? Nie pytam o tratwę, ani o okręt piracki, który – owszem – zamienia się czasem w podwodny pojazd, ale tylko wtedy, gdy ktoś trafi go z armaty. Chodzi o prawdziwy batyskaf, który potrafi się zanurzyć i wynurzyć. Kręcicie głowami? Moim skromnym zdaniem można czegoś takiego dokonać i nie jest to nawet specjalnie trudne. Nie wierzycie? Ja też kiedyś nie wierzyłam. Do pewnego popołudnia, gdy…

Siedziałam sobie pośrodku pokoju i rozsypane klocki ustawiałam wokół siebie. Kręciłam się i ustawiałam, kręciłam i ustawiałam aż ścianki znalazły się ponad moją głową a okienka (czyli szparki między klockami) na wysokości oczu. Potem przykryłam się kawałkiem kartonu z pudełka, w którym trzymam pluszaki. Wtedy statkiem zatelepało i usłyszałam bulgotanie. Ściany batyskafu trzeszczały bardziej niż stary fotel dziadka aż wybrzuszyły się na zewnątrz i zaczęły przypominać niezbyt długą cukinię czy bakłażana (nie wiem – zawsze mi się mylą) lub grubą parówkę, w której środku siedziałam ja. Za oknami, które nie były już szczelinami w klockach, ale okrągłymi szybkami, zaczął się podnosić poziom wody. W końcu poczułam, że pod wodą jest już cały statek. „Pełne zanurzenie” – potwierdził komputer z kokpitu. Chwila, chwila! Statek, także podwodny, powinien mieć jakieś imię. Niech będzie „Adelajda”. „A mnie o zdanie nikt nie zapyta?” – odezwał się komputer. „Za późno, jesteś Adelajda i już a właściwie i plum” – rzuciłam szybko, bo widok zapierał dech w piersiach.
Podróż po dnie oceanu rozpoczęła się zupełnie jak na filmie przyrodniczym. Siedziałam przed wielką przednią szybą, przypominającą olbrzymi telewizor, a z głośników ktoś zaczął ciepłym głosem objaśniać wszystko, co ukazywało się na ekranie, tzn. za oknem: „Oto Ocean Spokojny. Płyniemy w kierunku największej głębi na Ziemi.”

Wolno i w głębokiej ciszy obserwowałam nieznany mi dotąd świat. Czy to naprawdę Ziemia? Uszczypnęłam się w policzek, żeby upewnić się czy to nie sen (tak, tak, wiem – szczypią się tylko dorośli, ale z wrażenia nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy). Jakie kształty, jakie kolory! Czemu widok z okna mojego pokoju nie może być właśnie taki!? Jeśli tuż po zanurzeniu jest tak cudownie to jak będzie potem? Przedsionek nie może być przecież brzydszy od pałacu, prawda? Pewnie za chwilę spotkam syreny, albo elfy wodne, albo i jednych i drugich. Szkoda, że nie założyłam mojej nowej sukienki, tylko te dżinsy z dziurą. Jak ja będę wyglądać w pałacu Królowej Morza. Trudno, może mi wybaczy. Płynęliśmy wzdłuż ruchomego dywanu o prześlicznych kolorach. A może to jest śpiąca tęcza? Na pewno to ona. Ułożyła się wśród podwodnych gór i dolin, ukołysana tańcem zaczarowanych roślin i stworzeń, których nigdy dotąd nie widziałam. Tu jest tak dziwnie, że nie wiadomo nawet które cuda to rośliny a które to zwierzęta.

„Niesamowite” – wyszeptałam i na chwilę straciłam widoczność, jakbym wpłynęła we mgłę. Śmiesznie wyszło, bo to jednak nie była mgła, tylko zaparowana szyba. Po prostu z wrażenia przylepiłam nos do szyby. Gdy poradziłam sobie z parą, musiałam nagle wyhamować. Batyskaf o mało nie zderzył się z ogromną podwodną górą. Chciałam ją ominąć, ale okazało się, że góra porusza się w tym samym kierunku co ja i dziwnie mruczy. I tak właśnie spotkałam płetwala błękitnego – największe zwierzę na ziemi. Zdziwieni? Ja też byłam zdziwiona, że największa nie jest żyrafa ani słoń.
„Płetwal błękitny to przeogromny ssak, który może mieć długość nawet 33 metrów” – odezwał się głos Adelajdy. Ciekawe, czy gdyby płetwal potrafił chodzić na płetwie, tak pionowo to by przerósł pięciopiętrowy blok. Choćby taki, jak ten, w którym mieszkam. Chyba tak. Głos kontynuował: „Dorosły płetwal ważyć może nawet 190 ton. Innymi słowy, Goszajko, gdyby ustawić po jednej stronie wagi słonia a na drugą zrzucić płetwala to słoń wystrzeliłby w kosmos”.

Przepłynęliśmy bardzo blisko jego wielkiego cielska i choć to prawdziwy morski potwór, wydał mi się piękny i całkiem sympatyczny. Dowiedziałam się jeszcze, że płetwale potrafią też nieźle ryczeć. „Swoich kolegów” czasem przyzywają nawet z odległości 800 km. To tak, jakby któraś z moich koleżanek podczas wakacji wołała mnie z Zakopanego, a ja bym to słyszała w Gdańsku a nawet jeszcze dalej. I to bez mikrofonu. Np.: „Hej! Goszajka, przywieźć ci ciupagę?” a ja, leżąc na plaży, odkrzyknęłabym od niechcenia: „Ciupagę i kapelusz z piórkiem poproszę.” Czy ktoś to w ogóle odnotował w księdze rekordów?!

Po pewnym czasie błękitna góra zaczęła skręcać. Jak się okazało na małe co nieco. No, może nie takie małe. Wyobraźcie sobie, że płetwal zjada dziennie średnio 5 ton swoich przysmaków. Tak przynajmniej twierdzi Adelajda. Są to głównie kryle – małe skorupiaki. Chyba nawet najwięksi miłośnicy owoców morza i sushi nie zjedzą tyle przez całe życie, co płetwal przez jeden dzień. „Dobrze, że płetwale nie jedzą statków podwodnych i Goszajek” – pomyślałam. Nie chcąc przeszkadzać przy posiłku (ja sama też nie lubię jeść przy obcych), postanowiłam zostawić płetwala w towarzystwie, które lubi najbardziej, czyli wielkiej ławicy krylu. „Smaaa-czneee-gooo” – powiedziałam być może po płetwalsku i skierowałam łódź na większą głębinę. W tym momencie o mały włos nie doszło do wypadku. Coś przemknęło przed moim kadłubem z olbrzymią prędkością i na pewno nie była to torpeda (choć ją przypominało). Początkowo nawet komputer nie wiedział co to było, ale po analizie wszystkich danych okazało się, że było to… jedno z najszybszych stworzeń na Ziemi. Ktoś pewnie zapyta: „co robił gepard lub antylopa na dnie oceanu?” Przyznam, że ja też do czasu mojej podwodnej wyprawy myślałam, że najszybszy jest właśnie gepard albo antylopa, ale jednak się myliłam. Tego dnia dowiedziałam się, że to coś, co przemknęło przed łodzią z prędkością 110 km na godzinę to była żaglica. Wyglądała jak torpeda, bo jak wyjaśnił mi komputer, ryba ta podczas poruszania się z wielką prędkością składa na grzbiecie wielką płetwę. Pewnie dlatego nie mogliśmy się na początku zorientować co to było. Nie wiedziałam też dlaczego komputer podniósł od razu alarm i zdecydował się zejść najniżej jak się da.

„Żaglica rozwija największą prędkość tylko wówczas, gdy poluje. Lepiej nie ryzykować” – przestrzegł komputer a ja pomyślałam, że może i ma rację. W końcu nasza łódź przypomina wielką parówkę.
– Zbliżamy się do głębi – zakomunikowała Adelajda – czy wiesz co to takiego?
– Nie, ale trochę się boję…– mruknęłam pod nosem. Było ciemno i byłam na sto procent przekonana, że zgubiliśmy drogę do pałacu syren.
– To Rów Mariański, czyli najgłębsza znana głębia na Ziemi. Znajduje się w zachodniej części Oceanu Spokojnego – recytował komputer z głębi swojej pamięci. – Rów położony jest na południowy wschód od Marianów. Ma prawie 2000 km długości a jego głębokość to niemal 11 000 metrów. Zmieściłby zatem w sobie spokojnie nawet Mont Everest, czyli najwyższą górę świata – Adelajda recytowała swoją wiedzę, jak aktorka w teatrze, a ja w tym czasie zastanawiałam się nad czymś o wiele bardziej poważniejszym.
– Czy jakiś pan Marian był w tych głębinach przed nami? Czy to tak wypada przypływać do pana Mariana bez zapowiedzenia? – zapytałam, a komputer bardzo życzliwie mi odpowiedział:
– Oj, na samo dno to raczej nie. To skomplikowana wyprawa. Trzeba się znać na zegarku i wielu innych sprawach! Pierwsi na dno spłynęli batyskafem dwaj oceanografowie – Amerykanin i Szwajcar. Musieli być bardzo dzielni. Woda na takiej głębokości tak wszystko ściska, że zwykła łódź zgnieciona by była jak balon, na którym byś usiadła. A jednak im się udało. Dotarli na samo dno – do najgłębszego punktu na ziemi.
– I co? Pewnie tam na dnie nic ciekawego nie było?
– Przeciwnie. Na samym dnie – co wszystkich bardzo zaskoczyło – pływały sobie, jak gdyby nigdy nic ryby (sole i flądry) a także wszędobylskie krewetki.
– Pewnie schowały się przed kucharzem – zauważyłam, co wydało mi się bardzo ważnym odkryciem. Komputer jednak tego nie potwierdził, więc trochę się na niego obraziłam. Zrezygnowałam więc z pytania czy spotkali pana Mariana. Trudno. Do tego zaczęło mi burczeć w brzuchu, bo muszę przyznać, że lubię rybki.
Nie wiem jak się zachowuje zwykle batyskaf, gdy się wynurza. Chyba to nie jest takie proste podnieść się z dużej głębokości. Adelajda wyskoczyła jednak z wody jak żółta kaczuszka, którą wypuszczam z dna wanny, gdy się kąpię i cała przygoda prysła „jak bańska mydlana”. Uchyliłam daszek z tektury i przez szparę zobaczyłam kolana mojej mamy.

– Goszajko, wiem, że tam jesteś, już trzy razy wołałam na kolację. Jajecznica z tuńczykiem już prawie wystygła.
– Widocznie nie wołałaś po płetwalsku – oznajmiłam z uśmiechem. Wyskoczyłam z mojego statku i potykając się o kilka klocków poczłapałam do kuchni.
– Nie zapomnij po kolacji posprzątać tych swoich czarodziejskich klocków – powiedziała mama, jakby od niechcenia i chyba dla żartu. Coś mi się wydaje, że wcale nie wierzy, że moje klocki są zaczarowane. Pewnie tata też myśli, że wszystko tylko mi się wydawało, choć jak słucha, gdy mu opowiadam co się przydarzyło tym razem, wydaje się zainteresowany. Ach ci dorośli. Co im się wszystkim stało, że nie widzą tylu cudownych i zaczarowanych rzeczy, co ja? Muszę im pomóc. Tylko jak? Już wiem. Muszę ich zmusić, by choć raz razem ze mną usiedli do klocków. Genialne! Już nie mogę się doczekać aż zobaczę ich miny, gdy klocki ożyją. Tylko jak to zrobić? Może podpowiecie co z nimi zbudować?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *