Odcinek 4: Jak poleciałam w kosmos i nie znalazłam tam frytek

Jak pewnie się domyślacie, nie mogłam się doczekać, gdy odbuduję zamek z małym, półokrągłym okienkiem pod spiczastą wieżyczką i królem królikiem na tronie. I choć zapamiętałam kształt zamku bardzo dokładnie, nie wiedzieć czemu w trakcie pracy moja budowla coraz bardziej przypominała rakietę kosmiczną. I rzeczywiście, gdy tylko postawiłam ostatni klocek na jej czubku, usłyszałam huk silników i głośne odliczanie do startu. Nic nie było jak poprzednio, oprócz jednej rzeczy: znowu budowla urosła, a ja zrobiłam się malutka.

W mgnieniu oka wskoczyłam do windy, która zawiozła mnie za stery mojej rakiety, przypięłam się pasami (trochę przypominały szelki, które dziadek zostawił u nas w zeszłą niedzielę) i cztery… trzy… dwa…. jeden! Wcisnęło mnie w fotel a za okienkiem wszystko zaczęło uciekać do dołu i już po chwili moje podwórko a potem całe miasto zrobiło się małe, malutkie, maluteńkie aż znikło zupełnie, a moim oczom ukazała się czarna przestrzeń i – jak to mówił ostatnio tata – miriady miriad gwiazd. Nie wiem ile to jest „miriady miriad”, ale tata twierdzi, że to niewyobrażalnie dużo! Czy się bałam? Może troszeczkę, ale przecież wszystkie zabawy z klockami kończyły się do tej pory szczęśliwie. Tata opowiadał, że jak ktoś często obserwuje niebo i robi sobie mapy i coś o tym niebie pisze to jest astronomem i że takich ludzi nigdy nie brakowało, nawet bardzo, bardzo dawno temu, gdy w Egipcie żył Faraon a pewnie i jeszcze wcześniej. Jest taka fajna zabawa w łączenie kropek. Patrzysz się na niebo i zaczynasz łączyć gwiazdy jedną kreską aż coś narysujesz. Takie rysunki na niebie astronomowie nazywają gwiazdozbiorami. Podobno jest ich 88. Trochę dziwne, bo ja bym narysowała z tych nocnych kropek o wiele więcej. Gwiazdozbiory mają też ciekawe nazwy, np.: Żyrafa, Wielka Niedźwiedzica, Wielki Pies, Waga, Warkocz Bereniki, ale szczerze mówiąc ja nigdy nie zobaczyłam jeszcze ani Wielkiego Psa, ani Łabędzia, ani Żyrafy, nie mówiąc już o Indianinie i Kameleonie. Tata z ręką na sercu mówił mi jednak, że to wszystko naprawdę można zobaczyć, więc chyba musimy wrócić do tej rozmowy, żeby mi palcem pokazał. Tym bardziej, że gdy ja narysowałam gwiazdozbiór Kapelusza z kokardą, tata pokiwał głową i powiedział, że raczej takiego gwiazdozbioru nie ma. Dziwne to wszystko. Dziwne i trochę straszne, bo np. wśród tych 88. zbiorów gwiazd jest też Smok. Gdy sobie pomyślałam, że lecę w rakiecie z klocków, a gdzieś na niebie czai się wielki Smok, zrobiło mi się trochę niemiło. Na szczęście jednak rakieta zaczęła lądować. Pył na chwilę przesłonił okienko, a gdy opadł, szybko domyśliłam się gdzie jestem. Często mi się śniło, że ląduję na księżycu, więc odgadłam bezbłędnie. Wyskoczyłam z rakiety i w oddali zobaczyłam niebiesko-zielono-białą piłeczkę. To była Ziemia. Planeta, na której jest mój pokój, moje zasłonki w niebieskie pasy i łóżko z poduszką w kształcie żaby.

– Kapitan do Goszajki, kapitan do Goszajki – usłyszałam głos. Czyżby w kosmosie ktoś mieszkał? – Halo, odbiór? – usłyszałam znów i poczułam, jak coś rusza się w mojej kieszeni. Włożyłam rękę i wyjęłam z niej małego, plastikowego kosmonautę, którego znalazłam ostatnio w trawie w parku. – No nareszcie. Jak sobie pani poradziła beze mnie z tą rakietą i lądowaniem?! – zakrzyknął. – To działo się samo… – odpowiedziałam. – Jesteśmy na księżycu. Ale przygoda!
– Tak – odparł niewzruszonym głosem Kapitan. – Mam kilka danych, które być może panią zainteresują. Pokonaliśmy odległość ok. 384 000 kilometrów. Tyle jest z Ziemi do księżyca. Z bliska wydał się pani zapewne ogromny, ale od naszej planety jest cztery razy mniejszy i 81 razy lżejszy. Zapamiętała pani?
– Czyli, że ziemia jest jak mandarynka a księżyc, jak orzeszek i że z jednego do drugiego jest daleko?
– Słucham? – zapytał zdumiony Kapitan.
– No, że ziemia jest jak mandarynka a księżyc jak orzeszek i ten orzeszek fruwa daleko od mandarynki, rozumie pan? – wymamrotałam, bo było mi trochę wstyd, że nie za bardzo wiem ile to jest 384 000 kilometrów. Kapitan zamrugał dwa razy oczami i milczał, więc postanowiłam szybko zmienić temat:
– A co ciekawego lubi pan robić na księżycu? Ma pan swoje ulubione alejki do spacerowania? Mają tu może frytki? Można gdzieś zrobić siusiu? – zapytałam jednym tchem.
Kapitan spojrzał na mnie karcącym wzrokiem i swoim meldunkowym głosem informował mnie dalej:
– Na powierzchni księżyca, droga pani, znajdują się góry, kratery, morza zakrzepłej lawy i grube warstwy pyłów. Jeśli mam coś polecić, to na pewno widok na gwiazdy. Z Ziemi taki widok jest nieosiągalny, nawet w górach.
– A frytki? – dopytałam nieśmiało.

Moje pytanie chyba mu się nie spodobało, bo w jego oczach zobaczyłam dwa wielkie znaki zapytania. Nie ciągnęłam więc tematu. Z siku też może wytrzymam. Spojrzałam w górę i aż mnie zatkało.
– Ojej, gwiazdy widać, jakby można było po nie sięgnąć. Wyglądają jak świetliki. A tak w ogóle to dlaczego niebo dookoła jest czarne, a nie niebieskie? Czy tu zawsze jest noc? – spróbowałam podtrzymać rozmowę, żeby Kapitan się na mnie nie obraził na amen.
– Hm… Można tak powiedzieć. Dzieje się tak, ponieważ księżyc nie ma atmosfery – przy słowie „atmosfera” Kapitan spojrzał na mnie podejrzliwie, jakby chciał odgadnąć z mojej miny czy wiem co to jest. Oczywiście, że wiem co to jest „atmosfera”. Najbardziej lubię tę świąteczną, ale także taką rodzinną, gdy są urodziny mamy lub taty i zjeżdżają się wszyscy wujkowie i ciocie. Kapitan najwyraźniej jednak musiał z mojej twarzy wyczytać coś innego, bo zaczął mówić wolniej i jakby dużymi literami. – Gdy jesteśmy na Ziemi, w czasie dnia promienie słońca wymieszane z naszą atmosferą, tzn. z takim gazowym płaszczykiem, który jest dookoła Ziemi (spojrzałam na w kierunku Ziemi i żadnego płaszcza nie zobaczyłam)… czy pani mnie słucha? – zapytał kontrolnie Kapitan.
– Oczywiście: słońce, super atmosfera i płaszczyk, proszę kontynuować, bo to jest fascynująca historia – wypaliłam, jak tata, gdy chce być wobec kogoś miły.
– A zatem te promienie słoneczne z naszą atmosferą…
– Z płaszczykiem?
– Tak, z płaszczykiem… – Kapitan podniósł brwi, złapał głęboki oddech i ciągnął dalej. – Tworzą to, co potocznie nazywamy niebieskim niebem. Jeśli kogoś ciekawi czy na Księżycu zjawił się w porze obiadu czy raczej późnej kolacji wystarczy, że zabierze ze sobą termometr. W dzień jest tu bowiem bardzo gorąco a temperatura jest wyższa niż w czajniku, gdy gotuje się woda. W nocy natomiast, aż strach pomyśleć, księżyc zamienia się w super zamrażarkę, w której temperatura spada do -150 stopni. Brrr.
– Ciekawe dlaczego jeszcze ani nie zamarzłam ani się nie ugotowałam. Pan też specjalnie źle nie wygląda, ale pan to akurat ma na sobie skafander astronauty. Ja natomiast jestem tylko w pidżamie. Bez dwóch zdań. Nawet kapci nie zdążyłam założyć.
– Odpowiedź na to pytanie znajdzie pani prawdopodobnie w swojej wyobraźni, podobnie zresztą jak rozwiązanie zagadki jakim cudem oddycha pani pełną piersią, mimo że na księżycu nie ma powietrza.
– Mam na sobie niewidzialny strój ochronny, tak jak Ziemia ma ten swój płaszczyk?
– Słabe, ale może być… Skoro jednak rozmawiamy o dziwnych rzeczach, powinna pani również wiedzieć, że na księżycu panuje kompletna cisza, ponieważ fale głosowe nie rozchodzą się w próżni – Kapitan znowu wcielił się w rolę nauczyciela a ja zaczęłam się rozglądać za falami, choć mogłabym przysiąc, że żadnego morza na księżycu nie widziałam. Chciałam nawet podpytać o te fale i próżnię, bo nie do końca wiedziałam o co chodzi, ale postanowiłam być ostrożna, żeby Kapitan nie wściekł się na mnie i mnie tu nie zostawił:
– Może nie słyszę żadnych fal, ale pana za to słyszę doskonale.
– A czy ja ruszam ustami, droga pani?
– No nie… – było mi trochę głupio, że dopiero to zauważyłam. – Więc jak…? – zapytałam podnosząc Kapitana bliżej ucha, żeby sprawdzić czy nie jest brzuchomówcą.
– Porozumiewamy się telepatycznie, pani Goszajko. To pani bajka, nie moja. Sama ją pani wyczarowała a przynajmniej takie informacje posiada dziennik pokładowy rakiety, którą była pani uprzejma tu przylecieć – oznajmił Kapitan. „Jedno jest pewne” – pomyślałam. – „Nie jest brzuchomówcą”. Zaczęłam mu nawet tłumaczyć, że to nie ja, że to wszystko te moje zaczarowane klocki, że wcześniej był zamek z królem, ale jak skończyłam okazało się, że wyszła rakieta i że zaczął tak szybko odliczać, że nawet nie zauważyłam, że jestem w pidżamie w misie, lecz… zorientowałam się, że Kapitana już dawno przy mnie nie ma. Stał właśnie na schodkach do rakiety i wołał:
– Wracajmy! Zaraz przychodzi babcia. Radary pokazują, że jest już bardzo blisko.
I rzeczywiście. Nagle usłyszałam głos babci. Czarne, gwieździste niebo zniknęło, Kapitan stał obok pudełka i z uśmiechem wpatrywał się w moją rakietę, która stała nieruchomo, jakby nigdy stąd nie odlatywała. Coś mnie jednak podkusiło, żeby sprawdzić klocki na samym dole.
– Ała! – zakrzyknęłam, ale od razu podskoczyłam z radości. Były gorące. Silnik jeszcze nie ostygł.
„To nie był sen” – pomyślałam tuląc się do babci.

  4 comments for “Odcinek 4: Jak poleciałam w kosmos i nie znalazłam tam frytek

  1. AS
    9 sierpnia 2017 at 19:53

    Super bajka!

  2. Ola
    9 lipca 2017 at 19:00

    Mój pięcioletni synek bez opowieści Goszajki nie chce iść spać:)

    • Autorka
      9 lipca 2017 at 20:39

      Goszajka chwilowo na wakacjach 🙂 Swoje pocztówki wakacyjne wrzuca na Facebooku. Zwiedza ciekawe miejsca i chce o wszystkim opowiedzieć w drugiej serii swoich przygód, która ruszy na stronie we wrześniu. 🙂

  3. Juki
    17 czerwca 2017 at 09:13

    Bardzo ciekawe są przygody Goszajki. Melisa też je uwielbia. Dziękujemy 😊

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *