Odcinek 2: Wizyta na strychu i ciarki na plecach

Pewnego dnia przyszła do nas znajoma mamy i powiedziała, że jej dzieci już dawno wyrosły z niektórych rzeczy i że może coś by mi się przydało. Pomyślałam, że pewnie chodzi o ubrania, bo z innych rzeczy chyba nie da się wyrosnąć. Moja mama oznajmiła jednak, że ja na pewno chętnie w tych rzeczach poszperam i że wpadniemy pojutrze, a póki co może kawy, herbaty i rozmawiały sobie o tym, jak ten czas leci i że dzieci tak szybko rosną. Ja nie zauważyłam, że szybko rosnę. Wczoraj byłam taka sama, jak dziś. Dwa dni temu też. Szybko to rośnie rzeżucha.

Wychodząc ciocia powiedziała ostrzegawczym tonem, że tych zabawek (zabawek!) jest bardzo, ale to bardzo dużo, bo mają dom, a cały strych był właściwie jak wielki pokój zabaw dla dzieci i właśnie tam sobie powybieram, co tylko mi się spodoba. „Chyba lepiej samochodem podjechać – powiedziała – bo to z pewnością nie będzie tylko jedna laleczka”. Mrugnęła przy tym do mnie i pożegnała się. No i znowu o tych lalkach. Cóż, lepsze to niż ubrania. Po cichu miałam jednak nadzieję, że na tym strychu będzie coś jeszcze. Ciocia ma przecież córkę, która chce zostać ratownikiem górskim i dwóch synów bliźniaków, więc szłam o zakład, że znajdę coś dla siebie. Tak czy siak, przed drzwiami jej strychu stanęłam dwa dni później. Ciocia jeszcze na schodach pytała się mojej mamy czy się nie obraża, gdy ktoś proponuje jej dziecku używane zabawki. Kompletnie nie rozumiem o co mama miałaby się obrazić!? Ach ci dorośli! Czasem to rzeczywiście obrażają się o byle co, więc nawet nie próbowałam tego zrozumieć. Przełknęłam ślinę i sięgnęłam do klamki. Drzwi uchyliły się cicho skrzypiąc, jakbym obudziła je z długiego snu. Pierwszy widok, jaki mi się ukazał trochę mnie zaskoczył. Nie było ani wielkich pajęczyn z pająkami, jak dłoń czarownicy, ani ciemnych kątów z oczami i zębiskami starego szczura. Przez duże okna w dachu słońce ustawiło dwie grube kolumny, więc wszystko było kolorowe i spokojne. Cała podłoga była zastawiona pudełkami, z których wystawały kolorowe fragmenty zabawek. Obejrzałam się do tyłu, żeby dać mamie znać, że wszystko w porządku i weszłam do środka. Drzwi – nie wiem czy same, czy z pomocą przeciągu – zamknęły się za mną i nastała cisza. Ciarki przeszły mi po plecach, choć nie ze strachu. To samo czułam, gdy po raz pierwszy weszłam na nowy plac zabaw z basenem z kolorowych kulek, zjeżdżalnią i tysiącem kryjówek. Wiecie jak to jest. Zaczęłam więc poszukiwania. Czego tam nie było!? Nawet proca z gałązki i żaglówka do kąpieli z dodatkowym napędem na gumkę, a także samolot co ma dwa skrzydła, a w nim  piękna pani pilot z prawdziwym spadochronem. Myślałam, że nic ciekawszego już nie znajdę, aż dotarłam do wielkich szarych pudeł, zaklejonych grubą taśmą, starych walizek i skrzyń. Nie dałam rady ich otworzyć (tylko złamałam sobie paznokieć), więc zawołałam mamę i  ciocię.
– A tak w ogóle to co w nich jest? – zapytałam, gdy ciocia szarpała się z taśmą.
Mama zrobiła przepraszającą minę (znowu nie wiem czemu), a ciocia powiedziała, że w tych wszystkich szarych pudłach, walizkach i skrzyniach są klocki, którymi jej dzieci właściwie w ogóle się nie bawiły.
– Są drewniane. Nazbierało się tego, bo niektóre są po jeszcze innych dzieciach, a inne to nawet jeszcze po mnie. Część była tu, gdy kupiliśmy ten dom. To te w walizkach. Nikt ich nie wyniósł i tak sobie leżą. Myślę, że są trochę stare i raczej nieciekawe  – zaśmiała się ciocia.
Wielkie pudła, walizki i skrzynie ze starymi klockami, których nikt od lat nie widział na oczy nie są ciekawe? Ciocia na pewno dlatego się zaśmiała, bo to jakiś żart dla dorosłych. Ja natomiast stałam przed tymi pudłami jak pirat przed skrzynią ze skarbem, którego szukał całe życie i oznajmiłam, że bardzo bym chciała właśnie klocki i nic więcej mi do szczęścia nie trzeba (choć o samolocie i procy też potem wspomniałam).

– Och, Goszajko – powiedziała mama, bo ja mam na imię Małgosia, ale w domu często mówią na mnie Goszajka. – Ciocia tamte klocuszki celowo…
– Nie celowo, nie celowo – wtrąciła ciocia – Nie myślałam, że dziewczynkę zainteresują kartony starych, drewnianych klocków. Szczerze mówiąc nie wiedziałam co z nimi zrobić, więc jeśli nie masz nic przeciwko, a Małgosi się podobają…

Dalej już nic nie słyszałam, bo podbiegłam do pierwszego z zaklejonych kartonów, zapukałam i zajrzałam przez szparkę, bo cioci nie udało się oderwać taśmy i poszła na dół po nożyczki. Potem okazało się, że przecinanie taśmy to nie był dobry pomysł, bo tata te pudła dźwigał do bagażnika i dwa się zupełnie rozwaliły i musieliśmy zbierać klocki do siatek. Nie darowałam sobie ani jednego. Każdy wydawał mi się niezwykle cenny. Ciocia się śmiała, tata masował sobie plecy, a mama kręciła głową, jakby chciała powiedzieć: „Co ta Goszajka znowu wymyśliła?”. Ale może tyle wystarczy tytułem wstępu, bo te wszystkie szczegóły pewnie niewiele was obchodzą. Teraz to dopiero się zacznie, bo opowiem wam… „jak zbudowałam zamek i odkryłam tajemnicę”. C.d.n…

  2 comments for “Odcinek 2: Wizyta na strychu i ciarki na plecach

  1. Bożka
    23 stycznia 2017 at 21:20

    Marta, tak opisujesz fantastycznie historię, że poczułam się tak jakbym sama była na tym strychu. Czekam na następne odcinki z zaciekawieniem.

  2. Babcia Ewa
    23 stycznia 2017 at 17:30

    Goszajko to jest super opowieść. Sama znalazłam się na tym strychu i pełna napięcia przeszukiwałam wzrokiem jego zakamarki. Jak pojadę do moich młodszych wnuczek do Ludwikowa ( to leśna osada w okolicach Jońca) to zaraz przeczytam im twoją opowieść. One mieszkają w drewnianym domu, w którym też jest strych. Może zorganizujemy wspólny wypad na ten strych. Pozdrawiam serdecznie i czekam na dalszą opowieść. Dziękuję za już i proszę o jeszcze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *